Zamieszki w Londynie w sierpniu 2011 roku były kolejnym przykładem, jak olbrzymi i niebezpieczny potencjał drzemie w narzędziach informatycznych. Nieważne, czy u podstaw rewolucji stoi walka o wolność i prawa człowieka, czy też przesłanki zamieszek są kryminalne. Komunikatory zainstalowane w komputerach i telefonach komórkowych mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilizacji państwa pod każdą szerokością geograficzną. To dzięki mediom społecznościowym doszło do rewolucji w Tunezji i Egipcie. Portale Twitter i Facebook stały się platformami zjednoczenia i wymiany informacji dla obywateli trzymanych pod butem przez dyktatury prezydentów Ben Alego i Hosniego Mubaraka. Na całym terytorium Bliskiego Wschodu wciąż jest niespokojnie, a z siłą portali społecznościowych szybko zaczęły liczyć się kolejne reżimy.

W rozmowach na temat bezpieczeństwa międzynarodowego pojawiło się nowe pytanie: czy nadszedł już czas, kiedy społeczeństwa, dzięki internetowi i telefonii komórkowej, będą w stanie wyrwać się spod kontroli państwa? Na Bliskim Wschodzie okazało się, że tak. Na początku sierpnia 2011 roku rozegrał się kolejny spektakl z mediami społecznościowymi na pierwszym planie. Tym razem, o dziwo, nie na Bliskim Wschodzie, lecz w Wielkiej Brytanii. W roli głównej obok sprawdzonego już Twittera wystąpił komunikator działający na smartfonach firmy BlackBerry.

ESEMESUJĄCA GENERACJA

Polityczna siła mediów społecznościowych jako instrumentu do obalania głów państw znana jest światu od ponad dekady. Pierwszy przypadek związany jest z Filipinami. 17 stycznia 2001 roku lojaliści w filipińskim Kongresie zagłosowali za odrzuceniem kluczowych dowodów obarczających oskarżonego o korupcję prezydenta Josepha Estradę. Po dwóch godzinach od ogłoszenia tej decyzji tysiące Filipińczyków zgromadziły się na Epifano de Los Santos Avenue w centrum Manili. Protest w dużej mierze zainspirowany został rozsyłanymi SMS-ami, które zawierały następującą treść: „Go 2 EDSA. Wear blk”. (idź na Epifano de Los Santos Avenue. Ubierz się na czarno).
Taką wiadomość otrzymało wówczas ponad siedem milionów Filipińczyków, dzięki czemu tłum protestujących rozrósł się w ciągu dwóch dni do blisko miliona osób. Szybki rozwój wydarzeń przeraził komisję, która zajmowała się dochodzeniem w sprawie prezydenckich malwersacji. Dowody obarczające Estradę zostały dopuszczone, a 20 stycznia 2011 roku prezydenta zmuszono do ustąpienia ze stanowiska. Wspominane wydarzenie uznano później za precedens. W obaleniu przywódcy państwa kluczową rolę odegrały media społecznościowe. Estrada przyznał, że to „esemesująca generacja” doprowadziła go do upadku.

Od tamtego czasu użycie telefonów komórkowych i internetu zwielokrotniło siłę protestów organizowanych pod każdą szerokością geograficzną. W 2004 roku wiadomości rozsyłane za pomocą SMS-ów doprowadziły Partię Ludową w Hiszpanii do klęski w wyborach, a premier José Maria Aznar, niesłusznie oskarżający o madryckie zamachy separatystów z ETA, musiał opuścić stanowisko. W 2009 roku komuniści stracili władzę w Mołdowie po demonstracjach, które były koordynowane z użyciem telefonów komórkowych, Facebooka i Twittera. Jaką siłę ma to ostatnie narzędzie, udowodniły również antyrządowe wystąpienia na Białorusi w roku 2006 oraz ostatecznie ujarzmiona przez władze zielona rewolucja w Iranie w 2009 roku.


REWOLUCJA BEZ LIDERA

Wael Ghonim uznany został za jednego z ojców egipskiej „rewolucji bez lidera”. Człowiek, który na co dzień był na Bliskim Wschodzie szefem do spraw marketingu firmy Google, wieczorami zajmował się przygotowywaniem przewrotu. Ghonim uznał, że idealnym do tego narzędziem jest Facebook. Wystarczy założyć odpowiednią stronę i „odkąd ktoś stanie się jej fanem, wszystkie opublikowane na niej informacje natychmiast trafią na jego tablicę. Rząd nie jest w stanie tego cenzurować, dopóki całkowicie nie zablokuje dostępu do Facebooka”, takimi spostrzeżeniami Ghonim dzielił się na łamach jednego z amerykańskich tygodników.

I rzeczywiście. Internet stał się motorem egipskiej rewolucji. Symbolem sprzeciwu wobec rządu i brutalności państwowych służb został Khaled Said. Aleksandryjczyk, który obnażał w sieci niechlubne działania egipskiej policji, został w odwecie pobity na śmierć. Po tym zdarzeniu Ghonim stworzył na Facebooku stronę zatytułowaną „We Are All Khaled Said”, która szybko stała się jedną z największych platform egipskich aktywistów.
14 stycznia, po wydarzeniach w Tunezji, Ghonim zaprosił na protesty sympatyków wszystkich stron zrzeszających powyżej 350 tysięcy użytkowników. Datę wyznaczył na 25 stycznia. Odzew był ogromny. Już po trzech dniach ponad 50 tysięcy osób poinformowało, że weźmie udział w tym wydarzeniu. Po zamieszkach 25 stycznia władze zablokowały Facebook. Nie powstrzymało to mieszkańców Egiptu. Rewolucja już się bowiem rozpoczęła. Po dwóch tygodniach Mubarak musiał ustąpić. Również trwające od kilku miesięcy protesty w Bahrajnie, Jemenie i Syrii zostały zainicjowane przez media społecznościowe. Jak jednak pokazują najświeższe wydarzenia, także nowoczesne państwa nie są w stanie kontrolować cyberprzestrzeni.

O ile na Bliskim Wschodzie mediom społecznościowym przypisywano zbawczą rolę anioła demokracji, o tyle inaczej ocenia się ich udział w zamieszkach w Londynie i innych miastach brytyjskich.
Wszystko zaczęło się od demonstracji po śmierci 29-letniego Marka Duggana, mieszkańca Tottenhamu, który zginął z rąk policji. Trzystuosobowy tłum, zwołany na pokojową manifestację za pomocą internetowych i komórkowych komunikatorów, protestował pod posterunkiem policji w dzielnicy Tottenham. Po zmroku rozpoczęło się jednak podpalanie samochodów i doszło do zamieszek, które niebawem ogarnęły cały Londyn, a także inne brytyjskie miasta. Na fali chuligańskich wybryków urzędnicy w Wielkiej Brytanii żądali, aby aresztować użytkowników Twittera, którzy nawołują młodzież do przemocy. Również niektóre brytyjskie media winą za zamieszki obarczały platformy komunikacji społecznościowej. Gdy producenci smartfonów BlackBerry i administratorzy Twittera obwieścili, że zamierzają współpracować z policją, ich strony internetowe w odwecie zostały
natychmiast zaatakowane przez hakerów.

ZACHODNIA HIPOKRYZJA

Portale społecznościowe i komunikatory, jakkolwiek ostatnio bywają krytykowane przez sprawujących władzę polityków, są jednocześnie jednym z ich głównych narzędzi działań. Kilka miesięcy temu Najwyższa Rada Wojskowa, która przejęła władzę w Egipcie po obalonym prezydencie Mubaraku, wzięła pod uwagę to, co się właśnie wydarzyło, i szybko zaczęła korzystać z potężnego narzędzia, jakim jest Facebook. Liczy na to, że w ten sposób uda jej się wypromować i utrzymać w szyku pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków. Początki były obiecujące. Już po kilku dniach działania profil Najwyższej Rady Wojskowej miał ponad ćwierć miliona fanów.
Podobnie było w Wielkiej Brytanii. Premier David Cameron publicznie wyraził radość z zebrania miliona podpisów pod apelem o pomoc dla policji w czasie trwania zamieszek. Ten milion skupił się… na Facebooku, na jednej ze stron piętnujących uliczne zamieszki na Wyspach.