Nie macie czasem mętliku w głowie od tego całego nazewnictwa? Kitesurfing, kiteracing, kiteboarding, kitefoiling… Dla kompletnego laika są to nazwy niewiele mówiące. Jakie są między nimi różnice?

Tomek Janiak: Rzeczywiście nomenklatura dla osób niezwiązanych z tą dyscypliną może być mało czytelna. Globalnym określeniem (używanym głównie przez Brytyjczyków) jest kiteboarding, czyli krótko opisując: sport skupiający w sobie wszystkie dyscypliny, w ramach których człowiek z deską napędzany jest za pomocą latawca wiatrem. Na Kontynencie określamy to jako kitesurfing właśnie, co jest chyba zresztą najpopularniejszym i najdłużej funkcjonującym określeniem. Kiteracing to natomiast jedna z konkurencji, polegająca po prostu na ściganiu się.

Zawody w formule kite polegają na jak najszybszym przepłynięciu trasy ze startu wspólnego. Reasumując – kitesurfing i kiteboarding to tak naprawdę dwie nazwy na ten sam sport. Technicznie jest to dyscyplina podobna do windsurfingu, ale różni się od tego ostatniego napędem – zamiast żagla motorem napędowym jest latawiec, którego wielkość dobiera się w zależności od siły wiatru, umiejętności oraz wagi.  Latawce mogą mieć od kilku do nawet dwudziestu kilku metrów kwadratowych, choć dla amatorskiego uprawiania tego sportu potrzeba raczej mniejszych rozmiarów.

Maks Żakowski: Ostatnio w formule kite furorę robią tzw. latawce komorowe, które są lżejsze i sprawniejsze od zwykłych „pompowańców”, co z kolei przekłada się na efektywniejsza żeglugę. Obok kiteracingu ciekawą odmianą kajta jest też foilboarding, czyli modne ostatnio pływanie na hydroskrzydle, które pod wpływem prędkości unosi deskę ponad wodę, dając wrażenie lewitowania, jak na latającym dywanie. Ostatnio sam to uskuteczniam i muszę przyznać, że wrażenia są… nieziemskie.

Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że jest to w tej chwili najszybsza klasa żeglarska na świecie! Inny jest natomiast kajt w niezwykle widowiskowej odmianie freestyle, polegającej na wykonywaniu różnorodnych, czasami wręcz cyrkowych manewrów w powietrzu. Jest też kitewave, którego miłośnicy ujeżdżają morskie fale i surfują z latawcem w ręku. W Polsce ta odmiana kajta staje coraz bardziej popularna. Zimą nie musimy rozstawać się z kajtem, jeżeli jest tylko wystarczająca ilość śniegu i odrobina wiatru, możemy śmigać po ośnieżonych polach czy zamarzniętych akwenach na nartach lub desce snowboardowej. 

W sporcie, który uprawiacie, oczywiście oprócz umiejętności, doświadczenia i talentu zawodnika, istotną rolę pełni także sam sprzęt. Czy zgodzicie się z tym? Jak duże znaczenie technologia pełni w sporcie wyczynowym, a jaką rolę odgrywa na poziomie amatorskim?

Maks: Jak chyba w każdym sporcie wodnym tak i w kitesurfingu jakość sprzętu jest bardzo ważna, ale nie jest to kluczowy element decydujący o wynikach. Do amatorskiego uprawiania tej dyscypliny nie potrzebujemy najnowszych latawców ani desek, bo nie mają one wielkiego znaczenia. Po kilku latach treningów, kiedy zawodnicy minimalizują już liczbę popełnianych błędów, a ich taktyka i technika jest na podobnym poziomie – wtedy dopiero sam sprzęt staje się istotny. Moim zdaniem największy wpływ na osiąganie dobrych rezultatów ma sam zawodnik, nie jego sprzęt.

Tomek: W mojej ocenie technologia ma jednak ogromne znaczenie. To jakieś 60 % wyniku. Oczywiście trening, talent, itd. odgrywają równie ważną rolę, ale bez dobrego i dobrze ustawionego sprzętu nie da się wygrywać. Zgoda co do tego, że na poziomie amatorskim technologia nie pełni jakiejś kluczowej funkcji. Na wstępnym etapie chodzi raczej o to, aby sprzęt „nie przeszkadzał”.
Czy pod względem sprzętowym kajt przeszedł jakieś zmiany na przestrzeni ostatnich lat? Jak duże były to zmiany?

Maks: Kitesurfing jest stosunkowo młodym sportem, który cały czas się rozwija. Co rok wchodzą nowe trendy sprzętowe. Firmy produkujące latawce i deski nie spoczywają na laurach, cały czas pracują nad swoimi produktami, aby były jeszcze szybsze, lepsze i wytrzymalsze. W zeszłym sezonie małe zamieszanie wprowadził wzrost popularności foilboardingu, czyli pływania na hydroskrzydle, bo jak się okazało również na tym można się z powodzeniem ścigać. Dzięki temu w kajcie są teraz dwie różne klasy, w których można rywalizować, różniące się używanymi deskami.

Tomek: Mniej więcej od 2010 roku w sprzęcie zawodniczym dokonuje się mała rewolucja. Deski, stateczniki oraz latawce do kiteracingu stają się mocno wyspecjalizowanymi konstrukcjami, wykonanymi z najlepszych (oraz najdroższych) materiałów. W zasadzie średnio raz w roku dokonuje się jakiś technologiczny przełom, który pozwala pływać i ścigać się w ekstremalnych warunkach: zarówno w bardzo słabym wietrze około 4,5 węzłów, jak i bardzo silnym, nawet do 45 węzłów!

Przełomem w produkcji kajtów było wynalezienie przez Bruno Legaignoux konstrukcji typu „bow” i wprowadzenie tego typu latawców w 2006 roku na rynek. Idea Legaignoux była stosunkowo prosta, ale swej prostocie rewolucyjna. Opierała się na zmianie kształtu latawca, co umożliwiało m.in. łatwiejszy restart latawca z wody; wprowadzała także bloczki/przełożenia zwiększające zakres wiatrowy latawca. Ostatnio pojawiły się ciekawe deski do konkurencji Kite Race, a także hydroskrzydła, o których wspomniał Maks. Sprzęt do kitesurfingu zmienia się cały czas, a co za tym idzie – poprawia się znacznie bezpieczeństwo uprawiania tego sportu.

Czy zmiany ewoluują w jakimś konkretnym kierunku?

Maks: Trudno stwierdzić jakiś jednoznaczny kierunek zmian, kajt rozwija się wielowymiarowo. W tym roku firma Ozone wypuściła na rynek nowy komorowy latawiec dedykowany do ścigania się. Do tej pory używaliśmy tylko latawców pompowanych, których profil znacznie się różni od „komórek”. Jedno można powiedzieć na pewno – kajt zmierza w stronę żeglarstwa regatowego, a więc ścigania się na trasie, dzięki czemu ma spore szanse zaistnieć jako dyscyplina na Igrzyskach Olimpijskich. Istnieje szansa, że zmiany technologiczne, które ułatwią nieco uprawianie kajta, przyciągną do tego sportu więcej ludzi.

Tomek: Można powiedzieć, że zmiany idą w kierunku wygody pływania, zwiększenia zakresu wiatrowego oraz bezpieczeństwa. Ulepszono również żywotność sprzętu i zmniejszono jego wagę. Są to zdecydowanie zmiany na lepsze. Porównując konstrukcje latawców np. z 2001 roku do dzisiejszych modeli, to tak jak przesiadka z malucha do mercedesa. Kiedyś – aby móc pływać w „każdych” warunkach – trzeba było mieć rozmiarówkę latawców teoretycznie co 1 m, czyli 7 m, 8 m… I tak aż do 17 m. Dziś dla typowego „kajciarza” wystarczą 3 rozmiary: 7 m, 10 m, 13 m, które w zależności od umiejętności, wagi, akwenu, itd. umożliwiają pływanie od około 10 do 40 węzłów.

Czy jakieś nowinki technologiczne i sprzętowe szczególnie przykuły Waszą uwagę?

Maks: Na pewno latawce komorowe, maszyny do ścigania się oraz hydroskrzydła. Podejrzewam, że właśnie ten sprzęt ma największe szanse na rozwój technologiczny. Fajnie, że mamy sponsora, który rozumie, że trzeba inwestować w nowe technologie, żeby nie zostać w tyle, za konkurencją. Sam obecnie przerzuciłem się na latawce komorowe, które dostałem od Blue Media.

Tomek: Dla mnie punktem zwrotnym jest wspomniany już latawiec typu „bow” oraz późniejsze konstrukcje nazywane „hybrydami”.
Z jakich rozwiązań technologicznych dla kajta dzisiaj korzystacie?

Maks: Najwięcej czasu spędzam na desce rejsowej, która swój gwałtowny rozwój technologiczny przeszła jakieś 2 lata temu, więc jest już technologicznie dość dopracowana. Obecnie takie deski – choćby nawet pochodziły od różnych firm – są na bardzo zbliżonym poziomie. Tutaj nie ma już „wyścigu zbrojeń”, który będzie miał miejsce w foilboardingu. Coraz nowsze materiały i kształty sprzętu w foilu sprawiają, że ceny hydroskrzydeł są bardzo wysokie i różnica jakościowa (co przekłada się na różnicę w wynikach sportowych) między nowszymi modelami skrzydeł jest spora.

Tomek: Ja tam korzystam ze wszystkich usprawnień technologicznych! <śmiech> Z bloczków, cienkich linek, wzmocnionych linek, najróżniejszych materiałów używanych do produkcji sprzętu takich jak m.in.  carbon, fiberglass, dynema, bambus etc.

Jak wyobrażacie sobie kajta za – powiedzmy – 10-15 lat?

Maks: Mam nadzieję, że będzie to już dyscyplina olimpijska, rozpoznawana przez wielu ludzi. Ale na czym będziemy pływać i co jeszcze wymyślą konstruktorzy… Na to pytanie chyba nikt nie zna odpowiedzi.

Tomek: Będzie można spakować rozkładane deski typu twin tip i  wave, 2 latawce oraz hydrofoila do „regularnej” torby – i podróżować po całym świecie z lekkim bagażem umożliwiającym pływanie freeride, freestyle, airstyle, wave, kitefoil, racefoil… W każdych warunkach, w zależności od potrzeb i nastroju. W zasadzie to już w tej chwili staje się możliwe.

Przed Wami kilka ważnych imprez kajtowych, przede wszystkim kajtowe Mistrzostwa Europy w Mielnie i Mistrzostwa Świata w Turcji, a także Mistrzostwa Afryki w Soma Bay. Na którą imprezę najbardziej ostrzycie sobie zęby?

Maks: Dla mnie najważniejszą imprezą sezonu będą Mistrzostwa w Mielnie, które odbędą się na początku września. Mielno to dla mnie miejsce szczególne, pływam tu właściwie od zawsze, od samego początku. Oczywiście równie ważny będzie dla mnie start w Mistrzostwach Świata oraz Mistrzostwach Polski. Liczę na kolejne medale, które będę mógł dołączyć do srebrnego medalu wicemistrza świata z włoskiego Cagliari, z którego jestem zresztą bardzo dumny.

Tomek: Ja szykuję się na wszystkie imprezy, nie odpuszczam żadnych zawodów! W tym sezonie mam w planach wystartować również w zawodach Pucharu Świata KiteFoil. Niedawno priorytetem były dla mnie Mistrzostwa Świata na Sardynii w Zatoce Aniołów, skąd przywiozłem srebrny medal i tytuł wicemistrza świata, podobnie jak Maks. To naprawdę ewenement na skalę światową, że dwóch zawodników z jednego państwa, z jednego klubu – bo przecież obaj pływamy pod latawcem Blue Media Team – zdobyło tytuły wicemistrzów! Teraz apetyt urósł. Czekam z niecierpliwością na Mistrzostwa Świata Open w Turcji oraz Mistrzostwa Europy w Mielnie.

Jak wyglądały wasze przygotowania do sezonu?

Maks: Dzięki rocznej przerwie na studiach mogłem spędzić na wodzie więcej godzin. W grudniu zakończyłem sezon, wracając z Mistrzostw Oceanii. W połowie stycznia wyleciałem na miesiąc na Karaiby, gdzie startowałem w zawodach oraz trenowałem z lokalnymi zawodnikami. Następnie wróciłem na jeden dzień do Polski i wyleciałem do Egiptu na kolejny miesiąc. Od kwietnia trenuję w Polsce.

Tomek: Przygotowania do sezonu trwają w zasadzie cały czas, polegają na testach nowego sprzętu i ustawień tego sprzętu. Pływam w teamie RRD, w tym roku spędziliśmy sporo czasu na testach nowych latawców w Egipcie, Południowej Afryce, Hiszpanii oraz Włoszech. Dzięki wyjątkowo łagodnej zimie w tym roku trenuję od lutego również nad naszym morzem (Sopot, Kuźnica).

Jakie cele stawiacie sobie na ten sezon?

Maks: Chciałbym obronić tytuł Mistrza Polski. Bardzo ważny będzie dla mnie występ „przed własną publicznością” na Mistrzostwach Europy w Mielnie. Zdobycie medalu byłoby dla mnie sukcesem.

Tomek: Ja mam zawsze ten sam cel: pojawić się na wszystkich zaplanowanych zawodach – i dać z siebie wszystko!
W takim razie życzymy pomyślnych wiatrów! I trzymamy kciuki!