Prezentowany w Poznaniu pojazd wygląda raczej mało efektownie, za to jest już dopuszczony do ruchu, jeździ po bezdrożach, szybuje, mieści się w byle garażu, może przelecieć bez tankowania 200 km a w razie dalszych podróży wystarczy... wylądować obok stacji benzynowej.

Jak powiedział PAP Life prezentujący Flybike Tomasz Chudziński, możliwe jest stworzenie maszyny na bazie motocykla, trwają też prace nad latającym samochodem.

Prezentowanym w Poznaniu pojazdem można polecieć sobie nad morze a z powrotem, przy brzydkiej pogodzie wrócić drogą na kołach. Wyposażyliśmy go w skrzydło paralotniowe, potrzebujemy więc kawałka wolnej przestrzeni, żeby wzbić się w powietrze. Korków w mieście więc nie ominiemy, ale możemy ominąć całe miasto.

W związku z tym, że pierwsza maszyna powstała na bazie motoroweru, kierowca nie potrzebuje prawa jazdy do poruszania się nim po drogach. Wymagana jest za to stosowna licencja lotnicza; jak wyjaśnił Chudziński jej uzyskanie wiąże sie z ok. 2 tygodniami szkolenia.

Koszt jeżdżąco-latającego pojazdu to ok. 40 tysięcy złotych, na cenę wpływa w dużej mierze jakość zastosowanego w wehikule silnika. Jednak, jak twierdzi Tomasz Chudziński, taki jest koszt komunikacyjnej niezależności.

Przy lataniu jedno, co nas ogranicza, to pogoda - urządzenie jest bardzo wrażliwe na warunki atmosferyczne, jak zresztą wszystkie maszyny latające. Kierowca musi też wiedzieć, nad jakimi miejscami nie wolno mu latać, tego dowiaduje się w trakcie szkolenia - powiedział.

A że dobre skrzydło z dobrym silnikiem dają prawdziwą wolność, Choudziński przekonuje na własnym przykładzie - jakiś czas temu, ot tak, dla rozrywki, poleciał podobną maszyną z Polski do Szwecji. Lot trwał 3,5 godziny.