Nazwa base jumping pochodzi od angielskich słów Building (budynek), Antenna (antena), Span (przęsło mostu), Earth (ziemia), które doskonale oddają istotę tego sportu. Dyscyplina opiera się na skokach ze spadochronem z dość oryginalnych miejsc.

Najwięcej adrenaliny dostarcza świadomość bardzo krótkiego czasu, jaki skoczek ma na otwarcie spadochronu. Wynika to z niewielkiego dystansu, jaki dzieli szczyt wieżowca z powierzchnią ziemi.  Zagrożenie stanowi także niewielka przestrzeń do lotu oraz lądowania, dlatego sport ten to nie tylko skoki, ale także solidne przygotowania.

Za nim dojdzie się do etapu „rozłożenia skrzydeł” należy dokładnie przestudiować plany budynku oraz przeanalizować teren wokół niego. Należy sprawdzić warunki meteorologiczne i przede wszystkim stan sprzętu. Istotna jest również kondycja, zarówno fizyczna, jak i psychiczna. Na otwarcie spadochronu skoczek ma zaledwie sekundy. Jego reakcje muszą być natychmiastowe, nie może dać ponieść się zbytnio emocjom, gdyż finał może być tragiczny. Jak podają statystki, w ciągu 30 lat zginęło ok. 160 skoczków.

Skoki z budynków nie są do końca legalne. Istnieje tylko kilka miejsc na świecie, gdzie można skakać bez obawy łamania prawa. W pozostałych przypadkach narusza się własność prywatną i stanowi zagrożenie dla ruchu drogowego. Aby zostać prawdziwym basejumperem, trzeba zdobyć wszystkie cztery litery z nazwy – budynek, antenę, most i ziemię. Każdy następny skok niesie ze sobą niesamowite i niepowtarzalne wrażenia.

Ile kosztuje taka zabawa? Base jumping nie należy do tanich rozrywek. Za sam sprzęt trzeba zapłacić ok. 20 tys. zł. Najważniejszy jest spadochron i wingsuit – specjalny kombinezon ze skrzydłami między rękami i nogami, który wydłuża lot. Do kosztów dochodzą jeszcze podróże w oryginalne miejsca, z których można skakać.  Jednak czego nie zrobi się, aby przez chwilę poczuć się jak pan świata.