- Strasznie mnie przycisnęli po filmie, w którym rozmawiałem w samochodzie przez telefon-ciasteczko - przyznaje w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Sylwester Wardęga. Filmik, który miał sprawdzić czujność funkcjonariuszy, a jednocześnie ich "wkręcić" skończył się stertą mandatów. - Praktycznie od każdego patrolu, który mnie zatrzymał, dostałem później wezwanie na komendę - mówi Wardęga, który za każdą ze scen ma zapłacić 1500 zł mandatu.

Reklama

- Za odegranie innej scenki mam z kolei zakaz wstępu na imprezy masowe do końca października - mówi prankster.

To przeszkody z krajowego i - powiedzmy - organizacyjnego podwórka. Ale to jednak nie policyjne nagrania przyniosły mu największą sławę. Światowe serwisy obiegł, zbierając dobre recenzje, filmik, w którym po nocy straszy przebrany za gigantycznego pająka pies. Wideo wyświetlone zostało 57 mln razy.