Kiedy większość Polaków przewraca się w łóżkach na drugi bok, ona - elegancka, uśmiechnięta i w pełnym makijażu - wita pierwszych widzów w programie "Dzień dobry TVN”. Kinga Rusin, zwyciężczyni "Tańca z gwiazdami", rzuciła się w wir ciężkiej pracy - pisze "Fakt".
Przez cztery ostatnie miesiące piękna dziennikarka musiała codziennie ciężko pracować nad porannym programem w TVN. Potem były wielogodzinne treningi na parkiecie,
a do tego jeszcze prowadziła własną firmę. I mimo że „Taniec z gwiazdami”, w którym wytańczyła sobie Kryształową Kulę, już jest za nią, nie oznacza to wcale, że
osiadła na laurach, a jej życie uległo radykalnej zmianie.
Prawda jest taka, że Kinga Rusin nie może pozwolić sobie nawet na chwilę wytchnienia. "Nikt mnie nie utrzymuje. Muszę pracować, a że w chwili obecnej jest bardzo gorący sezon dla wszystkich firm, które tak, jak moja, zajmują się promocją, mam roboty po pachy" - wyjaśnia zajęta dziennikarka. "I mimo że jestem już bardzo zmęczona i chciałabym odpocząć, to nie mogę tego zostawić" - dodaje.
Ale firma i telewizja, to nie są jedyne rzeczy, które piękna gwiazda ma na głowie. Każdego dnia musi stawać na wysokości zadania również jako matka dwóch córeczek: Poli i Igi. To właśnie ona przed pracą odwozi dzieci do szkoły, a ok. 16. je stamtąd odbiera. Codziennie stara się znaleźć kilka wolnych godzin, by spędzić je z nimi wspólnie w domu. "Gdy zabieram je ze szkoły, odrabiamy lekcje bądź jeździmy na zajęcia dodatkowe" - opowiada "Faktowi" Rusin.
Prawda jest taka, że Kinga Rusin nie może pozwolić sobie nawet na chwilę wytchnienia. "Nikt mnie nie utrzymuje. Muszę pracować, a że w chwili obecnej jest bardzo gorący sezon dla wszystkich firm, które tak, jak moja, zajmują się promocją, mam roboty po pachy" - wyjaśnia zajęta dziennikarka. "I mimo że jestem już bardzo zmęczona i chciałabym odpocząć, to nie mogę tego zostawić" - dodaje.
Ale firma i telewizja, to nie są jedyne rzeczy, które piękna gwiazda ma na głowie. Każdego dnia musi stawać na wysokości zadania również jako matka dwóch córeczek: Poli i Igi. To właśnie ona przed pracą odwozi dzieci do szkoły, a ok. 16. je stamtąd odbiera. Codziennie stara się znaleźć kilka wolnych godzin, by spędzić je z nimi wspólnie w domu. "Gdy zabieram je ze szkoły, odrabiamy lekcje bądź jeździmy na zajęcia dodatkowe" - opowiada "Faktowi" Rusin.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|