Siarczyste przekleństwa, odgłosy szamotaniny, szelest dartych ubrań, brzdęk tłuczonego aparatu fotograficznego i w końcu... plask! To ręka Przemysława Sadowskiego uderza prosto w twarz Przemysława Stoppy.
Takie dantejskie sceny działy się ok. godziny 3 w nocy w niedzielę. Sadowski wraz ze swoją żoną Agnieszką Warchulską zakończył zabawę w jednym ze stołecznych klubów, po tym jak odpadł z „Tańca z gwiazdami”. Jego stan nie pozwalał mu na prowadzenie samochodu. Wsiadł więc do taksówki i ruszył w stronę swojego bloku, przy ulicy Puławskiej. Po wyjściu z taksówki Sadowski wraz z żoną przeparkował swój wóz i... oboje zapozowali do zdjęcia fotografowi, który powitał ich światłem flesza.
I wtedy nagle aktorowi coś odbiło. "Zaczął na mnie krzyczeć i wyzywać mnie od chu..." - wspomina Stoppa. "Był pijany i kompletnie nie panował nad sobą" - mówi "Faktowi" Stoppa. Nie działały żadne prośby i ostrzeżenia ofiary. Nie pomogły też wrzaski jego żony. "Przemo! Opanuj się. Proszę" - błagała ponoć Warchulska. Ale on już szamotał się z fotografem na ziemi. Obok bijących się mężczyzn, wśród liści, leżał rzucony tam przez aktora aparat. "Mam teraz stłuczony obiektyw i rozbitą lampę błyskową" - tłumaczy "Faktowi" fotograf. O urazach nawet nie wspomina. "Sadowski dobrze podcina i ma mocne uderzenie, ale dałbym mu radę" - mówi. "Tylko po co?" - dodaje.
No właśnie. A tak poza tym, to pytanie powinien sobie zadać sam Sadowski. Bo gdyby jego żona nie odciągnęła go siłą, awantura skończyłaby się pewnie na komisariacie. I może byłoby lepiej, bo teraz warszawiacy będą bali się wracać w nocy do domu, bo po ulicach grasuje szalony aktorzyna.