Gra pan od wielu lat. Czy wciąż odczuwa pan tremę przed wyjściem na scenę?

Reklama

Zdecydowanie. Myślę, że to się jeszcze pogłębia. Wzrasta odpowiedzialność i świadomość. Do tego dochodzą obawy, że jeśli na przykład zapomnę tekstu, to publiczność może pomyśleć, że aktor już jest stary, ma sklerozę i nie nadaje się już do pracy w teatrze. Poza tym myślę, że tremę czują wszyscy artyści, którzy poważnie traktują swój zawód.

Mam rozumieć, że spala się pan czasem na scenie?

Bywa i tak. Niektóre role wymagają wielkiego zaangażowania. I psychicznego, i fizycznego. Wtedy aktor pracuje jak górnik czy hutnik.

Janusz Kowalczyk powiedział: „Marian Opania to dojrzała osobowość aktorska”. Co to znaczy?

To artysta w pełni świadomy swoich możliwości. Nie improwizujący. Pracujący wiele lat na scenie. Poza doświadczeniem nabywamy świadomości środków aktorskich, techniki.

A gdzie tu miejsce na talent?

Mam własną teorię dotyczącą talentu. Myślę, że jest to kwestia dobrego gustu. Taka osoba wie, ile i jakie środki może wykorzystać w swojej pracy i umiejętnie je dobiera.

Niewątpliwie jest pan profesjonalistą. Nie przeszkadzają panu amatorzy w zawodzie?

Muszę przyznać, że mam dość negatywny stosunek to tego amatorskiego ruchu. Niestety zauważam, że teraz w naszym kraju nastała era braku profesjonalistów. Jest dużo bylejakości. Tak nie powinno być. Amator i zawodowiec to dwie różne rzeczy. Czasem oczywiście z tych amatorów potrafią wyrosnąć dobrzy aktorzy, a zawodowi aktorzy potrafią okazać się amatorami. Niestety w Polsce nie ma żadnego związku, który dbałby o nasze prawa, tak jak to jest w Stanach Zjednoczonych czy Anglii. U nas wciąż jest wolna amerykanka.

Czym zatem dla pana jest aktorstwo?

Pracą jak każda inna. Może różnica jest taka, że to praca bardziej publiczna. Nie popadajmy w przesadę, mówiąc o jakimś tam posłannictwie. Oczywiście zdarzają się role wybitne, niespotykane, ale to może się przytrafić aktorowi raz na kilka lat. To zawód, który potrafi tyle samo nam dać, co i zabrać.

Pański syn Bartosz też jest aktorem. Umie Pan obiektywnie ocenić jego pracę?

Myślę, że nie do końca. Trudno być w pełni obiektywnym w stosunku do własnego dziecka. Czasem bywam bardzo surowy, bo chciałbym uzyskać jak najwięcej, pokazać mu, że zawsze może być lepiej. Czasem jednak patrzę na niego przez pryzmat rodzicielskiej miłości i wtedy jestem szalenie łagodny.

Cieszył się pan, że poszedł w pańskie ślady?

Reklama

Absolutnie nie. Jak każdy tata aktor czy mama aktorka. My po prostu wiemy, czym pachnie ten zawód, ile trzeba poświęcić. Ten blichtr, to wszystko złudzenie. To przecież tysiące upadków, ciężkiej pracy, stresów, nerwów. Kto chciałby skazać własne dziecko na taki los? Ja się nie skarżę, ale trzeba zrozumieć, że to diabelskie zajęcie potrafi być i piękne, i okrutne. A my przecież chcemy zawsze, żeby nasze dzieci były szczęśliwe i wolelibyśmy oszczędzić im jakichkolwiek upadków.

>>> Wajda dostanie 200 tysięcy dolarów



No właśnie. Czy nie jest tak, że życie aktora jest pełne pokus?

Myślę, że nie. Pokusy są chyba te same dla każdego człowieka. Aktorskie życie jest po prostu życiem niejako publicznym. Mówiąc szumnie, jesteśmy wystawieni na jakimś tam świeczniku. Ludzie dowiadują się o naszych wadach, upadkach, problemach.

Popularność to zatem zaleta czy wada?

Życie aktora na pewno jest inne, niż zwykłego "cywila". To wszystko zależy od tego, jak traktujemy siebie i swój zawód. Ja staram się po wyjściu z teatru być zwykłym, szarym Marianem. Oczywiście zdarza się, że jestem rozpoznawany i reakcje ludzi są z reguły bardzo miłe. Czasem jednak człowiek jest nie w formie, nieogolony, ma zły dzień i chciałby się ukryć przed wszystkimi. I to też trzeba zrozumieć. Nie lubię kokieterii i nie powiem nigdy, że popularność mnie męczy, ale faktem jest, że czasem wolę być niezauważony. Przyznam jednak, że gdyby nagle ta popularność by znikła, to brakowałoby mi jej.

A czy w wolnym czasie ucieka pan w miejsca, gdzie nikt pana nie zna?

Raczej tak. Jednak świat często okazuje się bardzo mały. Byłem na przykład na wakacjach na Przylądku Dobrej Nadziei i szedłem zobaczyć miejsce, gdzie stykają się dwa oceany, i właśnie tam natknąłem się na wycieczkę z Polski.

Mówiąc o Polakach – czy chętnie chodzą do teatru?

Chętniej niż kiedyś. Teraz gram w teatrze u Krystyny Jandy i aż serce rośnie, kiedy patrzę na to, jak wypchana jest zawsze widownia. Dostać bilet na dobrą sztukę wcale nie jest łatwo. Polski teatr żyje i wciąż cieszy się wielkim zainteresowaniem. Zresztą ja się nie boję o teatr, ten rodzaj sztuki nie zaginie. W końcu jest to kontakt żywego człowieka z żywym człowiekiem, a tego nic nie zastąpi. To jak rozmowa, wymienianie uczuć między sobą. Wielu młodych ludzi wciąż, dzięki Bogu, preferuje sztukę przez duże S, a nie tylko seriale, gry komputerowe i tak dalej.

Na koniec proszę powiedzieć, gdzie widzi się pan za 10 lat.

Jeśli dożyję... (śmiech) to w teatrze. W zawodzie. Ciągle mam nowe marzenia, plany. Ja umrę na scenie. Albo w biegu. Jeszcze się nie zdecydowałem (śmiech).

>>> Wajda dostanie 200 tysięcy dolarów