52-letni Mirek Topolanek, jak większość polityków, nie należy do klubowych wyjadaczy. Nie nosi modnych ciuszków, a zamiast ciałka wyrobionego na siłowni, ma raczej lekki brzuszek. Mimo to, jak każdy człowiek, potrzebuje się czasem zabawić. Ta prosta potrzeba wygnała go z hotelu i kazała pójść tam, gdzie bawią się inni ludzie.

Reklama

Ciężkie działo

Topolanek poleciał do Nikozji na oficjalne rozmowy. Już po spotkaniach z politykami postanowił sprawdzić, jak smakuje miejscowe piwo, a przy okazji trochę potańczyć w popularnej cypryjskiej dyskotece.

Na początku planował wejść, nie mówiąc, kim jest. Ale bramkarz od razu wyłowił go z tłumu klubowiczów i powiedział: Ty nie wejdziesz! Wtedy Topolanek postanowił wyciągnąć najcięższe działo, jakie miał, i oznajmił dumnie: "Ale ja jestem czeskim premierem". "No jasne" - powiedział stojący na bramce ochroniarz i - zamiast ustąpić - zaczął wyśmiewać polityka.

Szef czeskiego rządu w końcu dostał się na parkiet, ale tylko dlatego, że jakimś cudem udało mu się skontaktować z właścicielem klubu. Czeskie media bronią premiera. Piszą: "To, że nie chciano wpuścić Topolanka do dyskoteki, nie jest żadną ujmą. Dołączył do innych znanych osób, które miały problemy z wejściem do cypryjskich dyskotek, takich jak Zinedine Zidan i Thierry Henry".

Polak by przeszedł?

Jak myślicie, który z polskich polityków mógłby mieć te same problemy co Topolanek? Co powinni założyć na siebie Ryszard Kalisz albo Janusz Palikot, żeby wejść na parkiet? Jakich argumentów musieliby użyć Jarosław Kaczyński, Donald Tusk albo Wojciech Olejniczak, żeby przekonać upartego ochroniarza?