Anna Sobańda: Czy po tych dotychczasowych sześciu edycjach „Must be the music”, wciąż jest potencjał w narodzie i macie w kim wybierać?

Adam Sztaba: Oczywiście, że tak. Muzyka, kompozycje, wena nie kończą się nigdy. Zawsze będą ludzie, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia i zawsze będą się rodzili ludzie, którzy mają talent. Nie da się jednak ukryć, że te prawdziwe talenty to jest rzadkość. To jest coś, co zdarza się w ułamku procenta przypadków, a już osoby, które wspierają swój talent pracą, to jest rzadkość rzadkości. Natomiast kiedy taki talent poparty pracą zdarza się w naszym programie, to ja się niezmiernie cieszę, bo czuję się może nie tyle ojcem sukcesu, ale kimś, kto sam ma szczęście, że może kogoś takiego zobaczyć na początku jego drogi.

Czy pana kryteria oceniania uczestników zmieniły się po tylu edycjach?

Ja ma wrażenie, że moje spojrzenie jest podobne od samego początku. Poprzeczka może nieco się podnosi, z uwagi na fakt iż jest to kolejna już edycja, więc my nieco inaczej oceniamy poziomy uczestników. Natomiast ja cały czas jestem zdumiony tym, że tak wielu ludzi muzykuje w naszym kraju. Trochę się dziwię, gdzie oni się uchowali, gdzie ćwiczą, bo to w sumie jest mały kraj i bardzo mały rynek muzyczny. I oni nagle pojawiają się z małych miasteczek i to naprawdę w ilościach olbrzymich, bo to są tysiące ludzi zgłaszających się co pół roku do tego programu. Poza ilością, niezwykłe jest też to, że ci ludzie reprezentują poziom. Naprawdę oni muzykują na bardzo przyzwoitym poziomie, co mnie bardzo cieszy i przede wszystkim burzy tę wyświechtaną pardwę, że niby my jesteśmy niemuzykalnym narodem. To jest totalna bzdura, jesteśmy muzykalnym narodem, muzykujemy na bardzo wysokim poziomie i nie mamy absolutnie czego się wstydzić, jeżeli chodzi o resztę Europy.

A co z tworzeniem muzyki? Polskiemu rynkowi muzycznemu zarzuca się przecież, że owszem mamy wielu świetnych odtwórców, ale brakuje nam osób, piszących dobre utwory.

Z tym jest problem, który moim zdaniem nie trwa od roku czy dwóch, ale nawet od 50 lat, a może i dłużej. Autorzy pokroju Edyty Bartosiewicz, czy wcześniej Agnieszki Osieckiej, Seweryna Krajewskiego, Jonasza Kofty, ale też później, na przykład Ani Dąbrowskiej, która jest takim samotnym rodzynkiem we współczesnym świecie muzycznym, to jest cały czas za mało. To jest coś, co potrzebuje kontynuacji, a ja tych kontynuatorów za wielu nie widzę. Ileż można śpiewać piosenki Whitney Houston, Eltona Johna czy Queen? Trzeba robić swoje i pracować nad własnym repertuarem. Ale ten problem występuje na całym świecie. Znacznie trudniej byłoby zrobić taki program, jak „Must be the music”, który miałby być dedykowany kompozytorom, albo autorom tekstów, bowiem takich osób jest niewiele. To jest ogromna dysproporcja, mamy tak wielu ludzi, którzy dobrze śpiewają, a tak niewielu takich, którzy piszą muzykę.

Może to jest dobry pomysł na nowe talent show, które wyłaniałoby utalentowanych twórców. Polska scena z pewnością by na tym zyskała.

Może coś w tym jest. Mielibyśmy wówczas szanse na ulepszenie polskiej sceny. Ja sądzę jednak, że to jest w ogóle kryzys naszych czasów, w których nie wiadomo, dokąd muzyka zmierza. Tyle rzeczy zostało już napisanych. Ja wychowałem się na muzyce, ona jest moją pasją, ale podchodzę też do niej naukowo i wiem, że już 100 lat temu kompozytorzy mieli podobne problemy. Też się zastanawiali co dalej, bowiem wydawało im się, że wszystko zostało już napisane. Okazało się jednak, że tak nie jest. Spośród tych 12 dźwięków, jakie mamy na klawiaturze, które są powtarzane na osiem i pół oktawy, zawsze można wymyślić coś nowego i są twórcy, którzy to robią. Nie da się jednak ukryć, że jakiś kryzys twórczy mamy i pozostaje mieć nadzieję, że ten talent nasz się wyłoni. Ja zawsze podkreślam, kiedy oceniam polskich artystów, że my naprawdę w kontekście świata mamy potężne talenty i to wszechstronne, nie tylko artystyczne. Niestety my wciąż mamy masę kompleksów, że jesteśmy trochę z reszty świata, z małego i przez lata tłamszonego kraju. Te kompleksy powodują, że my naszych talentów nie potrafimy pokazać. A jak wyjedziemy, to często nagle się budzimy. A tu nie chodzi o to, żeby wyjeżdżać. Chodzi o to, żeby mieszkać w Polsce i pokazywać się stąd. Nie sztuką jest wyjeżdżać, to jest najprostsza droga.

Wśród polskich artystów nie brakuje takich, którym marzy się zagraniczna kariera. Widzi pan na naszej scenie takich, którzy mieliby na to szanse?

Oczywiście, że tak. Bardzo trudno jest zdobyć się na ten krok, pozbawić się przyjaciół, rodziny, a przede wszystkim pokazać siebie szerzej, bo tu wychodzi ten wspomniany wcześniej kompleks. Wojtek Łozo Łozowski, nasz były juror, był w wakacje przez trzy miesiące w Stanach Zjednoczonych. Pojechał tam z przeświadczeniem, że takich chłopaków jak on są tam tysiące. Okazało się jednak, że wrócił z tej wycieczki podbudowany. W tym sensie, że wcale nie było takich jak on tysiące, na pewno nie z takimi marzeniami, samozaparciem i nastawieniem na cel. Wiec to są jakieś takie dziwaczne mity, które sprawiają, że my czujemy się na szarym końcu świata. Ja uważam, że zupełnie niepotrzebnie, bowiem nie odstajemy od reszty świata, potencjał mamy ogromny, talenty mamy przeogromne i jesteśmy pracowici. Niestety często wstydzimy się tego, że jesteśmy Polakami. A ja widzę, że my zaczynamy być coraz bardziej atrakcyjni dla reszty świata. Do nas zaczynają przyjeżdżać twórcy, którzy robią tu filmy, nagrywają muzykę, pracują z polskimi orkiestrami i dyrygentami, bo my naprawdę jesteśmy bardzo solidni, zdolni i atrakcyjni cenowo. Chyba czynnik patriotyczny zaczął dominować w naszej rozmowie, ale ja naprawdę uważam, że to trzeba podkreślać i o tym trzeba mówić.

Wróćmy zatem do „Must be the music”. Patrząc na wszystkich dotychczasowych laureatów, kto pana zdaniem najlepiej wykorzystuje swoją szansę?

Ja jestem bardzo dumny z zespołu Lemon. To jest grupa, która od samego początku miała swój własny rys, swoją własną muzykę i właściwie była gotowa na to, żeby grać koncerty i nagrywać płyty. Bardzo się cieszę z sukcesu zespołu Enej, chociaż nie popieram tego, że z kolejnymi płytami upraszczają tę swoją muzykę. Oczywiście poszerzają tym grono fanów, ale moim zdaniem upraszczanie muzyki to nie najlepsza droga, bowiem prowadzi do schlebiania tanim gustom, a nie o to przecież chodzi. Lemon na razie trzyma poziom i to mnie cieszy. Zobaczymy też co zrobi ciekawy duet Szumlas – Zaborski, który wygrał ostatnią edycję. Oni mają chyba problemy z wydaniem płyty, bo mało która firma fonograficzna chce ich wydać w takiej postaci, w jakiej pokazywali się w naszym programie. Krótko mówiąc, boją się, że to jest zbyt mało komercyjne i nie odniesie sukcesu. Zobaczymy więc, jak się ich losy potoczą.
To jednak cały czas jest loteria. Okazuje się bowiem, że wygranie programu paradoksalnie jest najprostsze, a to co się dzieje po jego zakończeniu, często jest znacznie trudniejsze. Niezmiennie jednak wierzę w naszych uczestników i kiedy rodzi się taki zespół jak Lemon, czy Igor Herbut jako frontman, to ja się cieszę. Niech się taki pojawi raz na tysiąc uczestników, to ja już będę szczęśliwy.

A jak Wam się współpracuje w jury z nowym kolegą, Piotrem Roguckim?

Piotruś jest wspaniały. Jest bardzo spontaniczny, jest performerem i poza tym, że jest znakomitym wokalistą, jest także wykształconym aktorem. Scena jest mu nieobca, on się na niej urodził, zachowuje się na niej bardzo naturalnie. Wprowadził element nieprzewidywalności i performerstwa, w tym rozumieniu, że wychodzi na scenę i pokazuje uczestnikom, co to jest ruch sceniczny. Pyta niektórych, po co stoją na scenie, bo on tego nie rozumie i widzi sporo przestrachu, a scena nie jest miejscem dla ludzi przestraszonych. Kiedy dowiedziałem się, że dołączy do nas Piotr Rogucki, bałem się na początku, że będziemy się znosili, w tym sensie, że będziemy zwracali uwagę na te same aspekty. Okazuje się jednak, że kompletnie tak nie jest, co bardzo mnie cieszy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia, a w jego wąsie jestem od samego początku zakochany.

Na zakończenie mam pytanie o Eurowizję. Wiadomo już bowiem, że w tym roku reprezentować nas będą Donatan i Cleo. Co pan sądzi o takim wyborze?

Szczerze mówiąc, mało znam ich twórczość, na jednym z festiwali dotarły do mnie fragmenty tego największego hitu. Ja wiem, że zmieniła się strategia wyboru reprezentanta. Teraz nie jest to kwestia głosów publiczności, tylko wybiera Telewizja Polska, jako stacja mająca związek z tym festiwalem. Ja od dawna mówię, że dla mnie jest to festiwal obciachowy. Kiedy w „Must be the music” pojawia się artysta, który trąci Eurowizją, to ja nie jestem zachwycony. Nie będę jednak komentował Donatana, bo nie znam ani jego samego, ani jego twórczości. Sam festiwal zaś uważam, że się dawno skończył i dla mnie jest to kryzys nie tyle artystów występujących na tej scenie, co twórców. To są bardzo złe piosenki, fatalne teksty, wykonawcy są lepsi lub gorsi, ale generalnie jest to upadek piosenki jako takiej. Koledzy mnie uspokajają, że ja niepotrzebnie się denerwuję, bo to przecież jest piosenka festiwalowa i dlatego poziom jest tak niski. Ja się jednak z tym nie zgadzam, bo uważam, że Eurowizja z lat 70-tych, którą wygrywał zespół ABBA była innym festiwalem niż ten dzisiejszy. Z przykrością muszę powiedzieć, że nie będę tego oglądał.

Dziękuję za rozmowę

Dzięki

Adam Sztaba - polski kompozytor, pianista, dyrygent i producent muzyczny. Współpracował z takimi artystami, jak Maryla Rodowicz, Edyta Górniak, Dita von Teese, Kayah, Anna Dąbrowska, Violetta Villas, Michael Bolton, José Carreras, Seweryn Krajewski, Janusz Józefowicz czy Krzysztof Krawczyk. Od pierwszej edycji show "Must be the music", pełni rolę przewodniczącego jury.