Czas podsumowań i rozliczeń oraz niewesołych myśli związanych ze światowym kryzysem domaga się dopełnienia w postaci komedii. Najlepiej okrutnej i czarnej. A któż w tej dziedzinie lepszy od Brytyjczyków? Opowieść o XIX-wiecznych mordercach z Edynburga, którzy sprzedawali ciała swoich ofiar szacownym uniwersyteckim profesorom anatomii, ma w sobie wszystkie potrzebne elementy. Jest upiorna i śmieszna, przenosi nas w jeszcze gorsze i trudniejsze czasy, a swą bezlitosną ostateczną puentą każe nam zapomnieć o naszych drobnych dzisiejszych zmartwieniach.

Brytyjska ekipa z amerykańskim reżyserem Johnem Landisem na czele wykorzystała materiał historyczny do stworzenia obrazoburczej, ale i stylowej makabreski w typie „Sweeneya Todda”. Film rozpoczyna sekwencja publicznej egzekucji, a kat (Bill Bailey) pełni funkcję narratora wprowadzającego nas w świat tej przypowieści. Oto brak pracy i perspektyw zmusza mieszkańców Edynburga do nieczystych zagrań i chwytania się niegodziwych zajęć. Dwie hieny cmentarne Burke (Simon Pegg) i Hare (Andy Serkis) znajdują żyłę złota w postaci doktora Knoxa (Tom Wilkinson), który w afekcie niezdrowej rywalizacji z innym medykiem doktorem Monro (Tim Curry) gotów jest płacić sowicie za dostarczanie obiektów do lekcji anatomii. Skąd jednak brać towar odpowiednio świeży? Najlepiej osobiście dokonując uboju...

Burke i Hare to para rzezimieszków porównywana z Kubą Rozpruwaczem, mająca na koncie śmierć kilkunastu ofiar. Jednak scenariusz przedstawia ich także jako ofiary czasów i bezlitosnej ekonomii, w której walka o byt przybiera znaczenie jak najbardziej dosłowne. W dzikim kapitalizmie popyt musi rodzić odpowiednią podaż, a trudności z legalnym pozyskiwaniem zwłok na potrzeby naukowych badań prowadzą do makabrycznych rozwiązań. By nie zostawić widza z przekonaniem, że istnieje usprawiedliwienie dla bestialskich czynów, twórcy proponują nam zaś nieco bardziej eschatologiczną perspektywę, w której hasło „memento mori” wysuwa się z ust obowiązkowego w takiej sytuacji kościotrupa.

„Burke i Hare” na pewno nie jest najbardziej udanym filmem w reżyserii Johna Landisa. Legendarny twórca komedii takich jak „Amerykański wilkołak w Londynie”, „Blues Brothers” czy „Nieoczekiwana zmiana miejsc” potrafi jednak zachować chwiejną równowagę między tym, co zabawne, a tym, co niepokojące bądź okrutne. W efekcie oferuje nam śmiech, który ani przez chwilę nie jest pusty, bo jego obiektem stają się raczej odwieczne mechanizmy rządzące ludzkim życiem niż jednostkowe akty buntu wobec obowiązujących reguł, przykazań czy innych ograniczeń naszej złotej wolności.

W niełatwym gatunku, jakim jest czarna komedia, oprócz zgrabnego scenariusza dostarczonego przez autorski tandem Piersa Ashwortha  i Nicka Moorcrofta (wspólnie napisali m.in. udaną komedię „Dziewczyny z St. Trinnian”) fundamentalne znaczenie ma też obsada. A na tym polu „Burke i Hare” nie dają powodów do narzekań. Simon Pegg („Wysyp żywych trupów”, „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”) to jedna z najlepszych rzeczy, które zdarzyły się w angielskiej komedii od czasów Monty Pythona. Andy Serkis do stworzenia kreacji nie potrzebuje wiele więcej niż swoich wyrazistych oczu i głosu, wyspecjalizował się nawet w swego rodzaju ekranowej nieobecności, współtworząc bohaterów generowanych komputerowo – od genialnej postaci Golluma we „Władcy Pierścieni” przez rozumnego szympansa z tegorocznej „Genezy Planety Małp” po brawurowo zagranego kapitana Baryłkę z „Przygód Tintina”.

Aktorski drugi plan także dostarcza wiele przyjemności. Tom Wilkinson w roli napędzanego ambicją doktora Knoxa jest po prostu wspaniały, zaś Tim Curry bezbłędnie odnajduje się jako jego nieco demoniczny adwersarz – wiadomo: od czasów „Rocky Horror Picture Show” najlepiej leżą mu role lekko ocierające się o szaleństwo. Fanów serialu „Downtown Abbey” z pewnością ucieszy widok Hugh Bonneville’a jako jednego z protagonistów, zaś niewielki, acz odpowiednio makabryczny epizod Christophera Lee to jeden z powodów, dla których warto ten film obejrzeć.

BURKE I HARE | Canal+ | niedziela, godz. 20.00