Wielkie okulary, niemodne ubranie i sylwetka świadcząca o braku zamiłowania do sportu. Do tego nieśmiałość, lekkie wyobcowanie i zaskakująco bystra inteligencja. Oto znany nam z filmów obraz nerda – pozwólmy sobie na ten anglicyzm, bo polskie próby przekładu: frajer, kujon czy maniak, nie do końca oddają istotę rzeczy.

Nie sposób wyobrazić sobie amerykańskiej komedii o nastolatkach, by się tam jakaś postać nerda nie przewinęła. Najczęściej jako obiekt żartów i tło dla bardziej wyluzowanych bohaterów. Coś jak Paul Pfeiffer, najlepszy kumpel Kevina Arnolda z „Cudownych lat”. Na tle wychudzonego alergika w nietwarzowych okularach Kev wyglądał na supermana. I o to chodzi – z nerdem na zdjęciu każdy wypada korzystnie.

Jednak szkolne kujony postanowiły zrobić użytek ze swoich wypełnionych rozmaitą wiedzą (od zaawansowanej informatyki po najdrobniejsze szczegóły trylogii „Gwiezdnych wojen”) głów i podniosły bunt. Chwilę tę utrwaliła filmowa seria „Zemsta frajerów” (ang. „Revenge of the Nerds”), w której grany przez Roberta Carradine’a nerd mówi: „nie mamy mięśni, nie mamy dziewczyn, nie mamy przyjaciół, ale mamy mózgi!”. Szkolni pariasi, wykorzystując umysłową przewagę, nie tylko odbijają bardziej atletycznym i przystojnym kolegom najładniejsze dziewczyny, ale i robią im przy okazji jesień średniowiecza z niewymienionych z nazwy części ciała. I tak się zaczęło się ich panowanie nad światem...

Przesada? Ani trochę, spójrzmy bowiem, co się obecnie dzieje w popkulturze: postać nerda nagle wybiła się na pierwszy plan i powstają kolejne produkcje o nerdach i dla nerdów. Filmy, takie jak wyprodukowany przez Kevina Spaceya „Fanboys” czy „Paul” z brytyjskim komediowym duetem Nicka Frosta i Simona Pegga w obsadzie, opowiadają o dysfunkcyjnych maniakach „Gwiezdnych wojen”, komiksów, SF i ich dziwacznych przygodach. Bohater „Scotta Pilgrima” Edgara Wrighta to rasowy nerd grający całymi dniami w gry wideo, który okazuje się najprzystojniejszym i najbardziej pożądanym chłopakiem na świecie. Słowem: oderwani od rzeczywistości, oddani swoim pasjom chłopcy, czy udający chłopców mężczyźni, przestali być szczytem obciachu, a stali się pierwszoplanowymi herosami.

„Social Network” w reżyserii Davida Finchera przedstawia historię pewnego wyobcowanego nerda z Harvardu, który dzięki biegłości w tworzeniu narzędzi internetowych zdobył sporą władzę nad światem. Nazywa się Mark Zuckerberg i jest postacią realną, założycielem Facebooka. A najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie świata? Bill Gates i zmarły niedawno Steve Jobs? Zaprzysięgłe komputerowe nerdy, w dodatku w okularach! I raczej nikt nie odważy się nazwać ich frajerami.

Przybierzmy na chwilę ton poważniejszy: zasygnalizowana w „Zemście frajerów” zmiana kulturowego modelu, w którym to bystry nerd bierze górę nad głupim samcem alfa, jest ciekawym znakiem naszych czasów. Może rozwinęliśmy się cywilizacyjnie na tyle, by naprawdę zacząć cenić mózgi. Nawet jeśli właściciel mózgu sprawia niepozorne wrażenie. W końcu Clark Kent też nie wyglądał na Supermana (nerdy wiedzą, o co chodzi).

ZEMSTA FRAJERÓW: NASTĘPNE POKOLENIE | Polsat | sobota, godz. 13.20