Poważną słabością produkcji Marvela jest jej format – serial składa się z 13 godzinnych odcinków. To zdecydowanie zbyt dużo. Luke Cage jest pełen dłużyzn, niepotrzebnych z punktu widzenia rozwoju opowieści scen i rozbudowanych dialogów. Większość serialowego czasu wypełniają nudne, pretensjonalne i siermiężne rozmowy bohaterów, a widz może odnieść wrażenie, że jego twórcy inspirowali się "Modą na sukces". Komiksowy Bergman. Scenarzyści postawili sobie za cel stworzenie detalicznego rysunku bohaterów i pogłębienie ich psychologicznych profili. Każdy z nich (a przede wszystkim Luke, Bushmaster oraz Mariah Dillard) otrzymał od swoich "rodziców" dokładną charakterystykę, historię i motywacje. Problem serialu polega na tym, że psychologiczne portrety bohaterów nie są wiarygodne, a obsada składa się z niedramatycznych aktorów, którzy nie dźwigają ciężaru grania swoich postaci. Komiks lubi grubą kreskę, serial niestety woli światłocienie.

Serial Marvela portretuje nowojorski Harlem i afroamerykańską społeczność. Robi to jednak w charakterystyczny dla rozrywkowych seriali "pocztówkowy" sposób. Luke Cage nie ukazuje czarnej społeczności w sposób realistyczny. Społeczna warstwa służy w serialu jedynie jako kolorowe tło ˗ jest to zbiór typowych dla tej grupy etnicznej symboli, stereotypów i popkulturowych motywów.

Twórca serialu Cheo Hodari Coker nie stara się, by produkcja Marvela była społecznie zaangażowana. Wystarczy wsłuchać się w dialogi. Czego im brakuje? Porównajcie język dowolnego filmu Spike’a Lee (który doskonale "czuje" afroamerykańską kulturę) z dowolną wymianą zdań z Luka Cage’a. Akcja serialu rozgrywa się głównie we wnętrzach, a bohaterowie są ukazywani w bliskich planach. Harlem jest obecny w serialu głównie w wypowiedziach bohaterów, a nie wykorzystanych lokacjach. Trzeba jednak oddać Marvelowi, że jego produkcja jest jedną z niewielu na rynku, które mają w obsadzie niemalże samych Afroamerykanów. Nie pomaga to jednak serialowi, bo role są w większości źle obsadzone, a z ekranu zieje pustką, której nie wypełnia charyzma aktorów. Najgorzej wypada Mike Colter w roli Cage’a, który poza prostymi jak konstrukcja cepa aktorskimi narzędziami może nam zaoferować aktorsko jedynie górę mięśni.

Serial jest utrzymany pod względem formy w estetyce "kina zerowego" ˗ narracja koncentruje się na treści. Styl ten nazywany jest "filmową mową potoczną". Efekt jest mizerny. Jest tak dlatego, że produkcja Marvela jest rozdarta pomiędzy komiksowymi realiami świata przedstawionego (łamiącego prawa fizyki, logiki i opartego na estetycznym przerysowaniu) a skromną, na pozór realistyczną formą, która nie pozwala przenieść na ekran cartoonowego klimatu. Serial rozczaruje fanów kinowego uniwersum Marvela, które charakteryzuje inscenizacyjny, narracyjny i wizualny rozmach. Luke Cage to serial przegadany. Na każde 60 minut odcinka przypada co najmniej pół godziny napuszonych dialogów. Supermoce Luke’a i Bushmastera ukazywane są głównie podczas masowych scen walki, które przywołują na myśl "kopane" kino klasy B. Serialowa rozwałka nie ekscytuje, bo kuloodporny Cage i jego główny antagonista nie mają na ekranie poważnych przeciwników, czyli są to w gruncie rzeczy starcia bogów z ludźmi.

Głównymi wątkami w serialu są relacje, w które wchodzą główni bohaterowie i ich wewnętrzne moralne rozterki oraz nowojorski światek przestępczy. Nowy Jork jest w serialu prawdziwym tyglem wielkich interesów mafijnych, w którym ścierają się Włosi, Jamajczycy i Afroamerykanie. Trudno jednak uwierzyć twórcom, że stawka tej rywalizacji jest wysoka. Obraz przestępczego świata jest bowiem powierzchowny, uproszczony i razi swoją naiwnością. To, co uchodzi twórcom komiksowych narracji w serialu wzbudza jedynie uśmiech politowania.

Mocnym punktem Luke’a Cage’a jest sposób, w jaki wykorzystuje figurę superbohatera. Luke jest w nim ikoną-celebrytą, który świadomie buduje wizerunek i markę. Jego podobizna pojawia się na t-shirtach i w programach telewizyjnych. Superbohater nie boi się także nowych technologii ˗ w jednym z odcinków pojawia się aplikacja, która pozwala śledzić aktualne położenie bohatera.

Serial jest utrzymany w poważnym tonie. Inna marvelowska propozycja, Jessica Jones, była podszyta cierpkim humorem i ironią. Twórcy Luke’a Cage’a traktują jednak swoich bohaterów bardzo serio. Może większa liczba zabawnych dialogów dodałaby serialowi lekkości. Widzowie powinni się jednak przygotować na przydługą, ciężkostrawną i mdłą serialową „ucztę”.