Anna Sobańda: Czy Polska jest równie dobrym tłem dla serialowego thrillera jak Skandynawia?

Maciej Pieprzyca: Sądzę, że każdy kraj jest dobrym tłem, to tylko kwestia wyobraźni autorów. Oczywiście wzorce skandynawskie są istotne, ponieważ Skandynawowie, ale też chociażby Francuzi, odnoszą ogromne sukcesy w tym gatunku. Wydaje mi się, że w serialu „KRUK. Szepty słychać po zmroku” można znaleźć wspólny mianownik ze skandynawskimi kryminałami.

Jaki?

Jest to zarówno bardzo rozbudowana strona psychologiczna, jak i kwestia natury, która zarówno w serialach, jak i powieściach skandynawskich odgrywa dużą rolę. W naszej historii jest podobnie, duże znaczenie ma miejsce akcji, czyli Podlasie, będące nie tylko kwiatkiem do kożucha, który ładnie się fotografuje, ale mające duży wpływ na akcję serialu.

W pana dotychczasowej twórczości dużo było rodzinnego Śląska, jak odnalazł się pan w podlaskim klimacie?

Dotychczas nie znałem tego regionu, zacząłem go poznawać dopiero na dokumentacjach. Odkryłem, że Podlasie jest przepiękne. Bardzo spodobała mi się jego magia. Zauważyłem też, że ma coś wspólnego z moim rodzinnym Śląskiem - oba te regiony są multikulturowe. Na Śląsku widoczne są wpływy rosyjskie, niemieckie i austriackie. Podlasie zaś jest kulturową wieżą Babel, gdzie mieszają się klimaty polskie, białoruskie, żydowskie, a także rosyjskie.

Głównym bohaterem serialu jest inspektor Adam Kruk. Z zapowiedzi wiemy, że to postać z tajemnicą, ale czy również z emocjami?

Jestem reżyserem, który stawia na emocje, one są najważniejsze w kinie. Nie lubię przyglądać się na chłodno, przez szybę, zawsze próbuję wejść w psychikę bohatera, poznać jego duszę i próbować wyciągnąć z niego zarówno ciemne, jak i jasne strony. Tak było w „Jestem mordercą” i tak próbowałem zrobić „Kruka”. Lubię opowiadać blisko bohatera, wchodzić mu z kamerą do głowy. Starałem się więc, żeby był to emocjonalny serial, ale czy mi się udało? To ocenią widzowie.

Czy to właśnie ten psychologiczny aspekt zaważył tym, że podjął się pan wyreżyserowania tej historii?

Tak, spodobało mi się, że sama intryga nie jest najważniejsza, bowiem dużą częścią serialu jest strona psychologiczna. Jako twórcę bardzo interesuje mnie przyglądanie się człowiekowi, jego dobrym i złym stronom. Gdybym miał nakręcić serial z samą intrygą, na zasadzie zabili go i uciekł, to byłoby dla mnie za mało. Nie widziałbym w tym wyzwania.
Spodobało mi się także ulokowanie akcji na Podlasiu oraz realizm magiczny, który bardzo lubię w literaturze. Namawiałem nawet Kubę, autora scenariusza, aby pewne rzeczy bardziej akcentować, by tę magię jeszcze bardziej wydobyć z naszej historii. Poza tym, jest to klasyczny mini serial składający się z 6 odcinków. Spodobało mi się to, że jestem jego jedynym reżyserem, bo dzięki temu można mówić o dokonaniu autorskim. To zawsze jest nęcące dla reżysera autora, za jakiego się uważam, że może odcisnąć swoje piętno na całej historii. Jest też druga strona tego medalu, czyli większa odpowiedzialność, bo jeśli coś nie wyjdzie, nie ma na kogo zrzucić winy (śmiech)

Czy prywatnie jest pan fanem seriali?

Tak. Tym bardziej, że w ostatnich latach serial z gatunku drugorzędnego w stosunku do kina bardzo się wyemancypował. Mamy tak zwane seriale premium, będące czymś ambitniejszym niż serial familijny czy telenowela, skierowanym do bardziej wyrobionego, wymagającego widza. Oglądam więc, na ile mi czas pozwala oczywiście.

Jakie seriale zrobiły na panu wrażenie w ostatnim czasie?

Ostatnio bardzo spodobał mi się duński serial „Most nad Sundem”. Widziałem na razie tylko pierwszy sezon ale uważam że jest świetny. Oglądałem też „Wielkie kłamstewka”, inna gatunkowo produkcja, ale też bardzo dobra.

A jak ocenia pan kondycję polskich seriali?

Bardzo podobał mi się 1. sezon „Belfra”. To coś zupełnie nowego na polskim rynku serialowym, zarówno w warstwie scenariusza, jak i sposobie opowiedzenia i wyreżyserowania tej historii przez Łukasza Palkowskiego. Obejrzałem też „Watahę” i co zaskakujące, drugi sezon moim zdaniem był zdecydowanie lepszy niż pierwszy. W pierwszym miałem bowiem problem z historią. W kolejnym sezonie scenariusz został bardziej dopracowany.

„KRUK. Szepty słychać po zmroku” to pierwszy polski serial w technologii 4K, czy dla pana jako reżysera miało to jakieś znaczenie w trakcie pracy?

Jeśli chodzi o samą moją pracę, nie ma to żadnego znaczenia. Minusem jest jednak to, że w tej technologii nie można dokonywać pewnych procesów w postprodukcji, ponieważ są one niemożliwe ze względu na wysoką rozdzielczość. Chodzi o kwestie techniczne, takie jak kadrowanie, albo dodawanie ziarna. Tak więc dla samej inscenizacji, czy reżyserii ta technologia nie ma żadnego znaczenia, może zaś utrudniać pracę w postprodukcji.