W rozmowie z Onetem, zapytany o to, jak podoba mu się obecna polska rzeczywistość, Mecwaldowski odparł:

Są rzeczy, które mnie wkurzają. Pomagam wrocławskiemu hospicjum dla dzieci, któremu, jak się dowiedziałem, zabrano pieniądze, by przekazać siostrom zakonnym. To jest jakieś skur***ństwo. Jak można zabrać coś dzieciom, które mogą w każdej chwili umrzeć, a te pieniądze podtrzymują im życie? Zawsze uważałem, że ksiądz czy siostra zakonna to nie jest praca, a powołanie. Dofinansowywanie Kościoła, czyli instytucji, która powinna pomagać, a nie zbierać, to coś strasznego. Zresztą, co chwilę ktoś coś zabiera. Odbiera się pieniądze renomowanym festiwalom filmowym, jak festiwal w Ińsku.

Aktor dodał, że nie rozumie, jak religia może być wykorzystywana do zarabiania pieniędzy:

Pamiętam, jak pierwszy raz byłem w Koszalinie na Europejskim Festiwalu Filmowym "Integracja Ty i Ja" pokazującym filmy o tematyce związanej z niepełnosprawnością – okazuje się, że w Polsce nikt o tym festiwalu nie słyszy, nikt nie chce dawać na to pieniędzy. Bo ważniejszy jest kolejny pomnik. Wiara powinna być czymś, co pomaga ludziom żyć i odnaleźć jakiś sens, a nie maszynką do zarabiania pieniędzy.

Mecwaldowski ubolewa także nad tym, jak zmieniła się obecnie praca na filmowych planach:

Robienie filmów było kiedyś swego rodzaju świętością. Widziałeś na planie ludzi, którzy mieli wielką frajdę z tego, co się dzieje, a po pracy nie uciekali od razu do domu, tylko żyli trochę jak rodzina. Technologia też nie była tak rozwinięta, więc nie spędzali przerw między ujęciami z nosem w komórce. W teatrze jest tak samo. Biegnie się od razu do rodziny czy na jakieś zlecenie. Nie mówię, że nie należy biec, ale naprawdę nie ma już czasu, by docenić starania całej grupy.