W swoim ostatnim wywiadzie Olga Frycz, która rok temu odeszła z "M jak miłość" ujawniła, że aktorzy najpopularniejszej polskiej telenoweli pracują w dość trudnych realiach stresu, zmęczenia i mało przyjaznej atmosfery. Na jej słowa szybko zareagowały Anna Mucha i Katarzyna Cichopek, które wciąż występują w produkcji. Obie aktorki zaprzeczyły jej słowom i wystawiły swoim pracodawcom pozytywną opinię.

Głos w dyskusji w końcu zabrał także Kacper Kuszewski, który właśnie podjął decyzję o rozstaniu z serialem. W rozmowie z Plejadą aktor zapewnia, że nie odchodzi ze względu na warunki pracy, jednak nie ukrywa, że nie należą one do najlepszych:

Ludzie w ekipie filmowej są albo zatrudnieni na umowy o dzieło albo mają własną działalność gospodarczą, co powoduje, że prawo pracy ich nie obejmuje. Dzień pracy ekipy trwa 12 godzin, często zdjęcia są w sobotę, a nawet zdarza się, że w niedzielę, więc te sześć dni po 12 godzin. Z czego dzień zdjęciowy liczy się od rozpoczęcia zdjęć do momentu zakończenia. Zdjęcia mamy często poza Warszawą, trzeba liczyć jeszcze spakowanie się czy charakteryzację, ale też na dojazd na plan, skąd niektórzy muszą jeszcze wrócić do domu... (...)A ponieważ są to umowy o dzieło albo samozatrudnienie, w związku z czym wielu członków ekipy jest wynagradzanych za dzień pracy, czyli jeśli nie przyjdą do pracy, bo np. zachorują, to nie dostaną pieniędzy.

Odtwórca roli Marka Mostowiaka ujawnia, że także sytuacja finansowa zarówno aktorów, jak i ekipy bywa nieciekawa:

Nie ma żadnego zabezpieczenia socjalnego, jak ktoś nie przyjdzie do pracy, bo zachoruje czy coś mu się stanie, to nie dostanie pieniędzy... Tempo pracy jest tak duże, że czasami okazuje się, że mamy nagranych tyle odcinków na zapas, że producent decyduje, że teraz będzie miesiąc przerwy dla wszystkich, albo nawet pięć tygodni. Ekipa dowiaduje się z dwu-, trzytygodniowym wyprzedzeniem, że nikt za miesiąc nie pracuje i nikt nic nie zarobi. Część osób jest spoza Warszawy, oni tu wynajmują mieszkania, muszą za to wszystko zapłacić.

Kuszewski zdradza, że choć warunki pracy nie wszystkim się podobają, to nikt nie ma odwagi zawalczyć o swoje prawa:

Taki rytm pracy powoduje, że wszyscy są zmęczeni i wszyscy uważają, że tak musi być, bo tak pracuje ekipa filmowa. Ale to jest uzasadnione w przypadku realizacji filmu fabularnego, gdzie wiadomo, że spotykamy się maksymalnie na dwa miesiące, nie więcej. Przez te dwa miesiące trzeba zrobić cały film, stawki też są inne i potem przez te dwa miesiące można, być może, zarobić na tyle, że przez kolejne dwa miesiące człowiek może sobie odpocząć. Natomiast tutaj jest tak, że ludzie chodzą do pracy codziennie, pracują po 12 godzin, a za urlop nie mają płacone. To wszystko powoduje, że ludzie są zestresowani, przemęczeni, mają poczucie, że nie mogą narzekać i nie mogą walczyć o swoje prawa, bo są zatrudnieni na taki rodzaj umów, że można im podziękować i zatrudnić kogoś innego, kto nie będzie marudził. No więc nikt nie marudzi, tylko wszyscy zaciskają zęby i pracują. Mam wrażenie, że to temat na artykuł do jakiegoś tygodnika polityczno-społecznego, bo to jest rzeczywiście jakieś zagadnienie. (śmiech) Od wielu lat zastanawiam się, jak to jest możliwe i jak to może być legalne...