- Szłam jak na imprezę u cioci, do której trzeba pójść, bo jak się nie pójdzie, to ciotka albo klątwę rzuci, albo obsmaruje z każdej strony. Taka prawda. Z rodziną najlepiej na zdjęciu, a bohaterowie z „Listów do M.”, to taka nasza nieco dysfunkcyjna, ale ukochana rodzina zastępcza, do której się chodzi co roku na śledzika. Taki zwyczaj. Taka tradycja. Szłam jak na ścięcie, a wyszłam... Uradowana - zaczęła od opisu swoich oczekiwań Karolina Korwin-Piotrowska.

Wbrew pozorom bowiem komedia spodobała się dziennikarce.

- Ten film ma radować i to robi. Adamczyk z Dygant nadal dają maksymalnie czadu, zakończenie ich wątku w tej części aż prosi się o kontynuację w części czwartej - rozumiem, że taka już się pisze. Podobnie zakończenie wątku Mikołaja i jego rodziny. Tak, Karolaka mogli spłodzić tylko Grabowski z Celińską - zauważa Korwin-Piotrowska.

- Odświeżenie obsady zrobiło zresztą filmowi bardzo dobrze, Magdalena Różczka i Danuta Stenka (grająca realizatorkę radiową, choć realizacja radiowa już tak nie wygląda raczej...) oraz Borys Szyc (jaka policja, taki pościg za złodziejem, chciałoby się powiedzieć...) ze Zbigniewem Zamachowskim jako para policjantów i ich zazębiające się wątki, to nowy powiew w tej nieco zastałej, po drugiej części, opowieści, choć jego zakończenie... Tu postulowałabym więcej logiki, choć Szyc ratuje i to. Zamachowski zasługuje na więcej - pozwoliła sobie jednak na odrobinę uszczypliwości dziennikarka.