Anna Sobańda: Główna rola w nowym serialu „Niania w wielkim mieście”, główna rola w wchodzącej właśnie na ekrany komedii „Porady na zdrady” i premiera sztuki „Hollywood” w teatrze WARSawy, w której również wcielasz się w główną postać. Czy czujesz, że nadeszło właśnie twoje „5 minut”?

Magdalena Lamparska: Nigdy nie miałam poczucia, że w moim zawodzie może nadejść jakieś 5 minut. Rok 2017 faktycznie obfituje w projekty, w które byłam zaangażowana, ale są one efektem mojej kilkuletniej pracy. Film „No Panic”, który również miał premierę w tym roku, kręciliśmy 2 lata temu, komedię romantyczną rok temu. Jest to więc po prostu kumulacja efektów mojej pracy. Wciąż mam głowę pełną pomysłów, aktorką chcę być przez całe życie. Gdybym uznała, że teraz nastało moje 5 minut, musiałabym założyć, że ono niebawem się skończy, a tego bardzo bym nie chciała (śmiech).

Porozmawiajmy zatem o twoich najnowszych projektach. Jednym z nich jest serial Polsatu „Niania w wielkim mieście”. Grasz w nim Danę, dziewczynę z prowincji, która próbuje odnaleźć się w stolicy. Ty też przeniosłaś się do Warszawy z rodzinnego Słupska. Czy było ci równie ciężko odnaleźć się w wielkim mieście, jak twojej bohaterce?

Odnalazłam się w Warszawie bardzo szybko, a pomogła mi w tym szkoła teatralna. Tak się składa, że studenci nie mają życia poza nią. Zajęcia zaczynają się wczesnym rankiem, kończą wieczorem, a później trzeba jeszcze stawić się na próbę. Oczywiście ten pierwszy rok odcięcia od przyjaciół i rodzinnego domu był trudny. Musiałam się też jakoś utrzymać w Warszawie, więc podobnie jak moja postać, imałam się różnych prac.

Jakich?

Byłam na przykład barmanką. Pracowałam w nocy, a następnego dnia rano musiałam wstawać na zajęcia. Nie spałam więc prawie w ogóle. W trakcie studiów pokochałam jednak stolicę, poznałam wspaniałych ludzi, cudowne miejsca. Jestem szczęściarą, że udało mi się odnaleźć swoją Warszawę, ponieważ znam wielu ludzi, dla których to miasto nie było łaskawe.

Czy po skończeniu studiów miałaś moment, w którym bałaś się o swoją przyszłość zawodową, ponieważ telefon milczał?

Już w trakcie studiów zaczęłam pracować w zawodzie. Wygrałam casting do serialu „39 i pół”, potem była główna rola w rosyjskiej produkcji „Tylko nie teraz”, czy debiut w Teatrze Narodowym w „Balladynie” w roli Aliny. Skończenie szkoły to jednak trudny moment dla każdego aktora. Trzeba się zmierzyć z planami na przyszłość, zastanowić dokąd chce się iść. U mnie również pojawiły się wątpliwości – czy ja się do tego nadaję, czy wytrwam. Jak powtarzał jeden z profesorów Akademii Teatralnej, „będąc aktorem trzeba mieć skórę słonia i duszę motyla”. Trzeba też być bardzo odpornym na krytykę. Z drugiej strony aktorstwo daje dużo możliwości na poznawanie siebie. Skoncentrowałam się na tym, że każdego dnia chcę być lepsza i to dało mi pewną wolność. Pozwalam sobie na błędy i złe wybory. Może to zabrzmi nieco patetycznie, ale uważam, że każdy musi odnaleźć w tym zawodzie swoją misję, żeby te próby do 3 w nocy, całe to poświecenie, czas i energia miały sens. Aktorstwa nie zostawiasz za sobą wychodząc z teatru, czy planu zdjęciowego, ten zawód to styl życia.

Uważasz, że aktorstwo to zawód obciążony odpowiedzialnością?

Absolutnie tak. XXI wiek pełen jest różnych bodźców medialnych. Mam tu na myśli głównie Internet, który zyskał miano nowej tożsamości, a aplikacje social media zawłaszczyły przestrzeń kontaktu międzyludzkiego. Dlatego każdy przekaz płynący z ekranu jest ważny. Nie wybrałam aktorstwa ze względu na popularność, ale kiedy ona już przychodzi, buntuję się przeciwko temu, żeby mój zawód wiązał się z ładną torebką i ładnymi butami. Chcę, żeby w moim przekazie była jakaś treść, która idzie też za moją osobą, za tym co robię, w jakich projektach biorę udział. W zawodzie aktora, im bardziej jesteś wolny od swoich lęków, ego, pragnienia akceptacji z drugiej strony, tym lepiej, bo masz więcej do zaoferowania widzom. Zdaję sobie sprawę, w jaką stronę idzie ten świat, ale nie można się też od tego odcinać.

Jesteś przeciwniczką mediów społecznościowych?

Nie, ponieważ widzowie mają dużą potrzebę bycia blisko nas. A i ja mam potrzebę by być blisko widzów. Dzięki naszym rozmowom, uwagom mam szansę poznania tez ich potrzeb. To dla mnie ważne. I cieszę się z tej bezpośredniej możliwości kontaktu.

Sztuka w której grasz mówi też o tym, że marzenie o Hollywood, za którym wielu podąża, często nie jest warte swojej ceny. Ty masz swoje doświadczenia z „fabryką snów”, wciąż studiujesz także w szkole filmowej w Los Angeles. Jakie są twoje wrażenia?

Przede wszystkim nie myślę o Hollywood, jako o miejscu z pięknymi willami i drogimi samochodami. Dla mnie jest to niesamowicie inspirujące miasto, do którego przyjeżdżają wspaniali twórcy z całego świata. Jeżdżę tam w innym celu. Nie jest w moim życiu obecny cały ten hollywoodzki blichtr, któremu oczywiście nie da się zaprzeczyć. Piękne kreacje zostawiam w Polsce, a tam jadę, by być studentką. Dzięki temu zyskuję nowe inspiracje, które przywożę później do kraju.

Jak w ogóle trafiłaś do Hollywood?

Mam w Los Angeles rodzinę. Moja mama i siostra tam mieszkają. Nigdy nie pomyślałabym, żeby jechać do Hollywood, gdybym nie miała tam domu. Z drugiej strony byłoby głupotą nie wykorzystać tego faktu pod względem edukacji, czy artystycznych doświadczeń, jakich mi to miejsce dostarcza. Taplanie się w marzeniu o byciu gwiazdą Hollywood jest bezsensowne, ponieważ odbierasz sobie przyjemność z bycia tu i teraz. Dzięki spektaklowi w teatrze WARSawy mam poczucie, że ściągnęłam Hollywood do Polski i grając w spektaklu o takim tytule, czuję się jak aktorka Hollywood (śmiech).

Wielu polskich aktorów chciałoby zrobić karierę w Hollywood. W twojej głowie nie ma takich marzeń?

Mam już pewne doświadczenia w produkcjach zagranicznych i bardzo chciałabym zrobić więcej takich projektów. Nie myślę o tym jednak w kategoriach czerwonego dywanu i wręczenia Oscarów. Hollywood to miejsce, któremu ty musisz coś dać. Pytanie, co jest w tobie innego, czego oni jeszcze nie mają.

Co sądzisz o koleżankach, które próbują swoich sił w Los Angeles?

Jestem ogromną przeciwniczką hejtu. Jeśli ktoś krytykuje polskie aktorki, które próbują tam coś zrobić, wyliczając im minuty obecności na ekranie, to dla mnie skandal. Trzeba zdawać sobie sprawę, jak trudno jest zdobyć tam najmniejszą nawet rolę, ponieważ konkurencja jest ogromna. Obecność naszych aktorów w tamtejszych produkcjach to bardzo duże osiągnięcie , które powinno napawać nas dumą.
Z drugiej strony nie podoba mi się pomysł na walkę z polskimi kompleksami za pomocą ról naszych aktorów w Hollywood. Nasi artyści to fantastyczni twórcy, w szkołach aktorskich w Los Angeles studenci uczą się na filmach Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego, Agnieszki Holland. Imię i nazwisko Pawła Pawlikowskiego oraz film „Ida” są rozpoznawane przez wszystkich. Nasze filmy są doceniane na całym wiecie.

Czego uczy Cię to miejsce?

Nowych metod aktorskich, niesamowitej pracy z kamerą i co ważne, daje mi większą pewność siebie. Występuję przed 50 najlepszymi aktorami w Stanach Zjednoczonych u doskonałej nauczycielki, mówię monolog, albo robię scenę, a oni się śmieją, płaczą, reagują niezwykle żywo. Daje mi to poczucie, że to, co robię jest wartościowe, powinnam trzymać się swojej drogi i dalej się rozwijać. Nie mam jednak presji. Jestem teraz w Polsce, tutaj realizuję ciekawe projekty, a co będzie dalej zobaczymy.