Był wielki powrót z nową płytą "Joanne", była zaplanowana światowa trasa koncertowa. Plany jednej z najbardziej znanych i rozpoznawalnych gwiazd ostatnich lat, czyli Lady Gagi, legły w gruzach. Powodem okazała się tajemnicza choroba, z którą jak się okazuje artystka zmaga się już od kilku lat.

O tym, że musi zmienić plany, piosenkarka poinformowała we wzruszającym wpisie zamieszczonym we wtorek 19 września, na swoim Instagramie. "Od lat szukam źródła moich problemów zdrowotnych. Cierpię i nie używam tego słowa, by wzbudzić litości. Używam go, bo chroniczny ból, jaki odczuwam i trauma, jaką powoduje, zmieniły moje życie. Nie pozwalają mi normalnie żyć, a przede wszystkim robić tego, co kocham najbardziej: występować dla moich fanów” – napisała laureatka sześciu nagród Grammy oraz Złotego Globu.

"Jestem wojowniczką"

Pocieszeniem, jak przyznała, był dla niej fakt, że chroniczny ból został wreszcie zdiagnozowany. Tajemnicza choroba, z którą od 2013 roku, boryka się jedna z najbardziej kontrowersyjnych piosenkarek od czasów Madonny, to fibromialgia. Ta rzadka choroba reumatologiczna atakuje tkanki miękkie w organizmie. Chory uskarża się na bóle, które sięgają zenitu i odczuwalne są w całym ciele, głównie w stawach i mięśniach. Leczenie polega głównie na łagodzeniu uciążliwych dolegliwości. Na fibromialgię choruje niespełna 4 proc. populacji.

"Jestem wojowniczką. Wrócę do koncertów, ale teraz muszą zająć się mną lekarze. Będę silniejsza i będę występować przez następne 60 lat albo i dłużej. Bardzo was kocham" – pisze na Instagramie Lady Gaga.

- Gdy cztery lata temu wycofała się z koncertowania, gdy pojawiła się na wózku inwalidzkim, wszyscy byli przekonani, że to kolejna część jej medialnego show. Tymczasem było zupełnie inaczej. Dlaczego dopiero teraz zdecydowała się o tym otwarcie powiedzieć? Być może dopiero teraz do tego dojrzała, być może zdawała sobie sprawę, że wtedy nikt by jej nie uwierzył, w końcu była i wciąż jest postrzegana jako jedna z największych skandalistek ostatnich lat - mówi dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Nerka od przyjaciółki

Nie tylko Lady Gaga boryka się w ostatnim czasie z problemami zdrowotnymi. Fani Seleny Gomez byli w szoku, gdy podała powód swojej nieobecności na scenie i podczas spotkań z fanami, które odbywały się latem. Wielu z nich mocno ją za to krytykowało, wyciągając pochopne wnioski i twierdząc, że woda sodowa uderzyła jej do głowy tak mocno, że po prostu nie chce jej się promować swojej twórczości. Obserwowana na Instagramie przez ponad 127 mln użytkowników 25-letnia amerykańska piosenkarka i aktorka o swojej chorobie, a właściwie przebytej operacji poinformowała również za pośrednictwem mediów społecznościowych, zamieszczając zdjęcie ze szpitalnej sali. Nie jest na nim sama. Za rękę trzyma przyjaciółkę. To Francia Raisa, również aktorka, która jak się okazało była dawczynią nerki dla Seleny. "Nie ma słów na to, jak mogę podziękować mojej pięknej przyjaciółce" – napisała gwiazda. O tym, że choroba, z jaką zmaga się Gomez, czyli toczeń rumieniowaty, było wiadomo już od dawna. To autoimmunologiczne schorzenie podobnie jak w przypadku Lady Gagi objawia się bólem, obrzękiem stawów, a także zmęczeniem i zmianami skórnymi. Dla niektórych chorych, tak jak stało się to właśnie w przypadku artystki, jedynym ratunkiem jest przeszczep nerki.

Krótka informacja na Instagramie zamknęła usta wszystkim złośliwcom. Fanom zaś polały się łzy, gdy swoje wzruszające oświadczenie opublikowała w sieci mama Seleny, czyli Mandy Teefey. "To zdjęcie jest jednym z najbardziej zapierających dech w piersiach obrazów, które będą ze mną już zawsze. Przez ten cały czas, kiedy nie wiedzieliśmy, czy będzie lepiej czy gorzej, zawsze mogę wrócić do tego zdjęcia i wiem, że wszystko można naprawić. Jako matka byłam bezsilna, przerażona i jedyne, co mogłam robić, to modlić się za nie i za piękną rodzinę Francii (…) Selena dostała nerkę, ja zatrzymałam moją małą dziewczynkę, ale zdobyłam też nową córkę… Dziękuję wszystkim, którzy byli tam dla Sel, Francii i naszych rodzin. Przeżyliśmy dzięki miłości, modlitwom i Bogu" – napisała.

"Efekt Kylie"

Zdaniem kulturoznawcy coraz śmielsze wyznania gwiazd na temat ich stanu zdrowia, czy przebytych operacji, świadczy o tym jak mocno zmienia się świat popkultury. Nazywa to "efektem Kylie". – Jednym z takich najgłośniejszych, zdrowotnych „coming out-ów”, który miał miejsce w 2009 roku, było ogłoszenie przez Kylie Minogue, że zmaga się z rakiem piersi. Dziś może się to wydać niczym szczególnym, ale wtedy ktoś, kto jest gwiazdą, kto jest w jakimś sensie niezniszczalny i idealny, nagle choruje. Odwołuje swoje koncerty i publicznie pokazuje się z krótkimi włosami, które są efektem przebytej chemioterapii. To był ogromny szok kulturowy – wyjaśnia dr Jachymek.

Zwraca jednak uwagę, że to właśnie ten "efekt Kylie" sprawił, że zwykłe śmiertelniczki ruszyły tłumnie na badania piersi. – Żadne wysyłane listy, żadne mammobusy nie wywarły takiego efektu jak właśnie ten, nie bójmy się użyć tych słów, popkulturowy efekt nowotworu piersi – dodaje.

O ile nowotwór Kylie Minogue, czy wyznanie Lady Gagi oraz Seleny Gomez spotkał się z akceptacją i współczuciem ze strony sympatyków tych gwiazd, o tyle wyznanie Angeliny Jolie na temat mastektomii i usunięcia jajników, odebrane zostało już jako przekroczenie pewnej granicy. Aktorka na łamach magazynu "New York Times" wyznała, że jest nosicielką genu BRCA1, który zwiększa ryzyko zachorowania na raka jajnika i piersi. Chciała, w ten sposób, jak przyznała uniknąć losu swojej matki, która zmarła na raka w 2007 roku a także zachęcić te kobiety, które tak jak ona mają podobne predyspozycje, do podjęcia takiej decyzji. - Nie wszystkim to jej namawianie do takiej "zapobiegawczej profilaktyki" przypadło do gustu. Kojarzona do tego momentu z kobiecością, uchodząca wręcz za ideał, nagle sama z własnej woli się tego pozbawiła i w świadomości niektórych nie podjęła się walki o swoje zdrowie. Owszem pojawiło się wiele głosów krytycznych, mówiono o przekroczeniu pewnej granicy prywatności a nawet przyzwoitości, ale znowu z drugiej strony oddźwięk, który nastąpił po tym wyznaniu miał więcej korzyści. Na ten hejt patrzyłbym, więc z przymrużeniem oka – mówi dr Jachymek.

Onkocelebryci po polsku

"Efekt Kylie" dotarł również do naszego rodzimego show-biznesu. Polskie gwiazdy coraz częściej otwarcie mówią o swoich zmaganiach z chorobami i namawiają do tego, aby regularnie się badać i dbać o zdrowie. Podczas zakończonego tydzień temu festiwalu w Opolu, piosenkarka Anna Wyszkoni zwróciła się do swoich fanów i widzów z prośbą o wsparcie. - Nie wiem, czy da się oszukać los. Myślę, że wszystko jest dla mnie już zapisane. Dlatego bardzo was proszę, żebyście trzymali kciuki w tym tygodniu za mnie i za moje szczęśliwe karty. Mam nadzieję, że los rozdał mi je już dawno i tego będę się trzymać – mówiła. Jak wyjaśniał jej menadżer i mąż Maciej Durczak, piosenkarkę czekała seria badań kontrolnych. Na początku 2016 roku Wyszkoni zachorowała na raka tarczycy. Na szczęście udało się go pokonać, a artystka mogła wrócić do śpiewania.

Walkę o życie stoczył także Adam „Nergal” Darski, który chorował na białaczkę. Lider zespołu Behemoth swoje życie zawdzięcza 25-letniemu Grzegorzowi Kajcie, który był dawcą szpiku dla artysty. W akcję poszukiwania ratunku dla swojego byłego już ukochanego, zaangażowana była piosenkarka Doda. Były pięściarz Przemysław Saleta do dziś jest propagatorem przeszczepów rodzinnych.W 2007 roku oddał nerkę swojej córce Nikoli. Od tamtego czasu mocno wspiera wszelkiego rodzaju akcje związane z tym tematem. Wśród znanych osób, które nie bały się głośno mówić o swojej chorobie była też aktorka Anna Przybylska, siatkarka Agata Mróz, czy ksiądz Jan Kaczkowski, który sam o sobie żartobliwie mawiał, że jest "onkocelebrytą". – Mimo, że te gwiazdy nie wyszły zwycięsko z tej nierównej walki, wykazały się niesamowitym aktem odwagi i z pewnością dużej odpowiedzialności społecznej. Zwłaszcza w przypadku Anny Przybylskiej ta siła walki stała się swego rodzaju symbolem – wyjaśnia dr Jachymek.

Dodaje, że choć niektórym publiczne wyznania gwiazd na temat chorób mogą wydać się nową modą i sposobem na dosyć osobliwą promocję, to i tak przynoszę więcej dobrego, niż złego.