Marta Kawczyńska: Podobno przez żołądek do serca, a kobiety kochają gotujących mężczyzn. Jak z tym jest u pana?

Dariusz Kordek: Muszę się przyznać bez bicia, że nie jestem przodującym kucharzem. W domu raczej rzadko gotuję, a częściej zajmuje się tym moja żona Eliza. Chociaż czasem zdarzają mi się „kuchenne zrywy” i przygotowuję szybkie danie dla żony oraz dzieci. To często improwizacja, z której wychodzą czasem dziwne, a czasem całkiem dobre rzeczy. Ponieważ z racji zawodu, dużo podróżuję, więc wciąż poznaję też nowe smaki, z chęcią zwracam na nie uwagę, z chęcią je testuję. Coraz bardziej jestem koneserem jedzenia i w ten sposób, podróżując i smakując, edukuję się kulinarnie.

To, co najlepiej trafia do pana serca przez żołądek?

Lubię dania proste. Może, dlatego, że wychowywałem się w czasach, kiedy tak się jadło. Moi dziadkowie mieszkali na wsi, gdzie też nie jadało się wymyślnych, skomplikowanych potraw. Jestem też fanem dań ostrych.

W tym roku mija 30 lat od premiery pierwszego polskiego serialu, określanego mianem pierwszej polskiej telenoweli, czyli „W labiryncie”. To było dla pana wyzwanie?

Owszem. Wspominam ten czas i ten serial fantastycznie. Byłem zaraz po ukończeniu szkoły teatralnej, to był mój debiut telewizyjny. Miałem szansę uczyć się od najlepszych, bo trzeba przypomnieć, że grały w nim takie osobowości polskiej sceny jak Leon Niemczyk, Wiesław Drzewicz, Mieczysław Voit, Barbara Horowianka, czy Marek Kondrat. To nie była zresztą praca taka jak dziś na planie seriali. Mieliśmy próby czytane i sytuacyjne prawie jak w teatrze, pracowaliśmy nad rolą. Powiedziałbym, nawiązując do kulinariów, że to był serialowy slow food a nie fast food.

Wcielał się pan w nim w postać Mareczka. Czuł się pan serialowym amantem?

Rzeczywiście to była rola lekkoducha, przystojniaczka, który pod wpływem konkretnych życiowych wydarzeń związanych z główną bohaterką serialu, staje się powoli fajnym, dojrzałym, odpowiedzialnym facetem. Zmienia się z playboya w miarę cywilizowanego gościa (śmiech). To z pewnością chwytało za serce widownię, zwłaszcza tę kobiecą. Serial miał ogromne powodzenie, oglądało go w szczycie oglądalności ok.16 mln widzów. A co do amanta? Ja się nim nigdy nie czułem, ale zdarzały się sytuacje, w których tak byłem traktowany.

Krzyczano za panem na ulicy?

Byłem bardzo rozpoznawalny. Czasem rzeczywiście słyszałem, że ktoś krzyczy „O! Mareczek”. Nie wiem, czy to było przyjemne. Łechtało moje ego, ale nie byłem na to w ogóle przygotowany. Nikt nas nie uprzedzał i my sami też nie byliśmy świadomi tego, że stajemy się aż tak popularni. Ja sam myślałem wtedy o sobie głównie jako o aktorze teatralnym, nie interesowała mnie sława, tylko praca w teatrze, tworzenie ról, ale trafiłem do produkcji, która budowała popularność, i musiałem z tym jakoś żyć.

Koledzy po fachu patrzyli na was „krzywym okiem”? Krytykowali, że gracie w serialu?

Raczej nie. Najwięcej dostało mi się po zagraniu w reklamie szamponu, ale zawsze wychodziłem z założenia, że aktor gra w różnych miejscach: teatrze, filmie,reklamie, na wyjazdach, etc...Taki to zawód.Do dziś mam ogromną radość i ekscytację zawodem, który wykonuję. Poza tym, wtedy dla mnie jako dla młodego aktora, to była szansa na odniesienie sukcesu w tym zawodzie. Cieszę się, że z niej skorzystałem, bo to był moment, w którym zaczęła się moja profesjonalna droga.

Czym jest dla pana dojrzałość?

To odpowiedzialność za siebie i innych.

Czyli klasyka gatunku – posadzić drzewo, spłodzić syna, zbudować dom?

To akurat nie jest aż takie trudne (śmiech). Schody zaczynają się, jak masz ten przysłowiowy dom i całą resztę utrzymać, a relacje rozwijać. Jeśli jesteśmy odpowiedzialni tylko za siebie, to obracamy się w obszarze naszego własnego ego, kiedy jednak potrafimy zauważyć innych ludzi, otworzyć się na nich i wziąć za nich odpowiedzialność, to wtedy dopiero możemy mówić o dojrzałości.

To jakim jest pan ojcem?

Dynamicznym. A jakim jestem, to się okaże za kilkanaście lat, jak dzieci pójdą w świat. Na pewno jestem ojcem zaangażowanym. Może czasem nawet za bardzo, ale dobrze się z tym czuję.

Inaczej wychowuje się córkę, a inaczej syna?

Zdecydowanie. Nawet, gdyby się chciało, to nie da się wychowywać tak samo, że względu na całkiem inną psychikę płci, zachowania, sytuacje. Staram się być dla syna wzorem, ale nie takim do bezwzględnego naśladowania, tylko do ścierania się z archetypem ojca. Chciałbym żeby tak było, żeby z tej „konfrontacji” wyniósł dla siebie jak najwięcej. A córka? Córka jest dla mnie samą słodyczą. Tak to jest w tej relacji. Rozumiem teraz, gdy któryś z ojców mówi, że jest zakochany w swojej córce platonicznie, bo ja też tak mam. To jest fajne i tak powinno być.

Jakie ma pan więc marzenia?

Jestem w miarę szczęśliwym człowiekiem. Moje marzenia dotyczą głównie kwestii zawodowych. Może też spokoju i większej ilości czasu dla rodziny? Ale mam jeszcze wiele do zrobienia! Wciąż otwieram nowe drogi zawodowe i chciałbym z tym wszystkim zdążyć.

A tak po męsku musi pan coś sobie jeszcze udowadniać?

Tak, ale to jest bardziej zmaganie się z samym sobą, rozszerzanie swoich możliwości, dokonań. Ja się bardziej siłuję sam ze sobą, pokonuję swoje ograniczenia, zakodowane od lat ograniczające mnie programy. To raczej dotyczy wyznaczania sobie kolejnych punktów w dążeniu do celu. Nie spieram się i nie walczę z całym światem, ale z konkretnymi sytuacjami. Każdą przeszkodę na tej drodze traktuję jako kolejny etap do przejścia dalej.

Jakieś życiowe motto panu w tym towarzyszy?

Nikogo nie krzywdzić. To główne, ale mam też cztery umowy ze światem, którymi kieruję się w życiu. Pierwsza: szanuj swoje słowo. Druga: nigdy nie bierz niczego do siebie. Trzecia nie zakładaj niczego z góry. Czwarta i najważniejsza: zawsze niezależnie od kondycji psychofizycznej, w jakiej jesteś, staraj się wszystko robić najlepiej jak w danym momencie potrafisz. Polecam!