Zacznijmy od żartu…

Jak państwo wiedzą ostatnio z trzema kolegami Piotrem Polkiem, Krzysztofem Hanke i Władkiem Kozakiewiczem pojechaliśmy do Azji i wystąpiliśmy w programie "Lepiej późni niż wcale". Emocji było sporo, wstawaliśmy wcześnie, czasem brakowało kilku godzin snu. Tylko w Kioto byliśmy wyspani. Wstawaliśmy o 8 i za chwilę znowu w kimono.

Takimi żartami rozbawiał pan kolegów?

Była ich cała masa, ale większość dotyczyła sytuacji, więc trudno mi będzie przytoczyć jakiś konkretny, bo czasem żart wyjęty z kontekstu nie bawi w ogóle. Opowiadaliśmy je sobie w samochodzie, jadąc gdzieś, wracając. Czasem wymyślaliśmy je wspólnie, pojawiały się nagle. To nie jest tak, że ja, czyli Karol Strasburger, jestem maszyną do opowiadania dowcipów. Nie przekartkowuję oczami wyobraźni notesu z dowcipami i wybieram dowcip numer trzy ze strony 150. Kiedy jest, jaka sytuacja, gdy można ją spuentować, wtedy to robię. W Azji również taka masa żartów dotyczących różnych zabawnych sytuacji się pojawiał. Dowcipkowaliśmy sobie z paniami z targu w Indonezji. Kupowaliśmy tam damskie torebki, a przy okazji okazało się, że wśród sprzedawanych tam towarów hitem są otwieracze do butelek w kształcie penisa. Nie ukrywam, że pozwoliliśmy sobie na kilka żartów ze sprzedającymi je paniami na temat cen adekwatnych do wielkości tego urządzenia. Szkoda, że nie było z nami wtedy kamery, bo widzowie też pewnie mieliby niezły ubaw.

Ten wyjazd w ramach programu "Lepiej późno, niż wcale" to była dla pana podróż życia?

W jakimś sensie tak. W takim odległym świecie nigdy jeszcze nie byłem. Pamiętam, gdy jako młody chłopak, niesamowicie przeżywałem swoją pierwszą podroż zagraniczną do Anglii. Byłem studentem i było to dla mnie niebotyczne wydarzenie. Już sam fakt, że jadę za granicę, na Zachód, nie znając języka. A w tamtych czasach, czyli epoce głębokiego PRL-u, ten Zachód był niesamowicie wyolbrzymiony, jawił się jako raj na ziemi. Teraz do Azji jechałem już jako dorosły, dojrzały facet, który swoje przeżył i nie wszystko mu się podoba, nie wszystkim się już tak zachwyca. Taki, który stara się patrzeć na świat właśnie tym dojrzałym okiem.

Program "Lepiej późno niż wcale" to reality show, w którym czworo przyjaciół: aktorzy Piotr Polk i Karol Strasburger, polski sportowiec Władysław Kozakiewicz oraz kabareciarz Krzysztof Hanke wyruszają w egzotyczną podróż życia, w której towarzyszy im Rafał Masny z internetowego kanału Abstrachuje. Pojadą do Japonii, Korei i Indonezji. To polska wersja formatu NBC "Better Late Than Never", który cieszy się w USA ogromną popularnością. Wzięli w nim udział: kanadyjski aktor i wokalista William Shatner, aktor i legenda NFL Terry Bradshaw, amerykański reżyser i producent filmowy Henry Winkler oraz bokser, dwukrotny zawodowy mistrz świata wagi ciężkiej George Foreman oraz komik Jeff Dye. Program zachwycił amerykańską publiczność do tego stopnia, że na przełomie tego roku powstał drugi sezon. Tym razem bohaterowie pojechali w podróż po Europie, która jest dla Amerykanów równie egzotyczna jak dla nas Azja.

To, co pana urzekło?

Chyba nigdy w swoim życiu nie doświadczyłem tylu dziwnych a zarazem ciekawych kontaktów religijnych. To było dla mnie niesamowicie ciekawe, to inne spojrzenie i myślenie o religii, duchowości, bogu, którego tam czci się pod różnymi postaciami. W Indonezji, o której już wspominałem, jest tych bogów cała masa. Bóg inteligencji, zdrowia, śmierci, seksu, uczciwości i długo by tak można jeszcze wymieniać.

To, którego pan wybrał?

Ja modliłem się do bogów zdrowia i życia.

A do tego od seksu?

Niekoniecznie. Co tu się modlić. W tej materii trzeba się po prostu brać do roboty (śmiech). A tak na poważnie, uzmysłowiłem sobie tam, jak ogromną my ludzie mamy potrzebę wiary w kogoś, w coś. Przeżywaliśmy to wszyscy czterej naprawdę bardzo poważnie. Myślę, że z tego względu to było już niesamowite doświadczenie, którego zwykły turysta pewnie nigdy nie doświadczy.

To w takim razie, co się panu nie podobało, jako temu dojrzałemu podróżnikowi?

Strasznie nie podobały mi się tamtejsze relacje między ludźmi. Są oschłe, bez polotu, fantazji. Miałem wrażenie, że mocno ustawione, z klapkami na oczach. Ludzie tam mają swój świat, w którym się spokojnie poruszają, bez potrzeby kontaktu. Dla mnie to okropne. To nie są Włosi, którzy są uśmiechnięci, zabawni, z każdym pogadają. Tam tego nie ma. Owszem ludzie są mili, ale miałem wrażenie, że na tzw. potrzeby turystyczne, bo taka jest forma, taki obyczaj. A z takich mniej społecznych a bardziej przyziemnych spraw, to nie przepadam za owocami morza. Mam problemy z żyjącymi, ruszającymi się żyjątkami, które tam się zjada w dużych ilościach. Owszem spróbowałem kilku z nich, ale potem mocno to odchorowałem. Nie do końca rozumiem ludzi, którzy za tym szaleją. Ja jestem tradycjonalistą, który marzył o schabowym albo barszczyku z pasztecikiem. Na szczęście moi koledzy są wielkimi smakoszami, więc oddawałem im moje porcje. To, co mnie również bardzo fascynowało to tradycja japońska i walki samurajów. Zawsze byłem fanem filmów Kurosawy, więc gdy patrzyłem na to, od razu mi się przypominały.

Czy tą wyprawą udowadniacie, że dojrzały facet też może?

Też, ale powiedziałbym więcej. Kontakt z naszym 25-letnim kolegą, blogerem Rafałem Masnym, który był prowadzącym program i spędził z nami ten czas w Azji, dał nam dużo do myślenia. Jemu zresztą też. Zrozumiał, że my nie jesteśmy wcale tacy starzy, jak jemu się wydaje, a nam się wydawało, że on nie jest wcale taki głupi jak powinien być młody 25-latek, że jest dojrzałym, fajnym facetem. Każdy dojrzały człowiek wbrew pozorom dużo może, tylko musi chcieć. Uważam, że wielką chorobą jest fakt, że ludzie sami recenzują swoje życie, że w pewnym wieku mówią wiele o tym, że im się nie chce, siedzą w kapciach przed telewizorem, a przecież mają tak wiele rzeczy za sobą i jeszcze wiele przed sobą. Mają właśnie tę dojrzałość, doświadczenie, mądrość. W tym wieku, z tym całym bagażem naprawdę przeżywa się rzeczy ciekawiej, lepiej. Potrzeba do tego tylko jednego – zdrowia. Właśnie to, tłumaczyłem naszemu młodemu koledze, żeby sobie tego życia nie niszczył, bo musi mu ono starczyć na całe życie. Jeśli to zdrowie mamy, to nam się wiele rzeczy ciekawiej i fajniej dzieje. Odbywamy fantastyczne podróże, mamy pasje, udane relacje. Jesteśmy wciąż tego życia głodni i ciekawi, bo nam się chce. Idziemy pod górę, a nie czekamy aż ktoś nas na nią wniesie.

A pan miał w swoim życiu moment tych "ciepłych kapci"?

Na szczęście nie miałem takich momentów, chociaż jak wiadomo, nie zawsze są one związane z wiekiem. Każdy ma w swoim życiu jakieś załamania, momenty, w których zastanawiamy się jak to życie ma dalej wyglądać, czy mamy być aktywni, czy nie po utracie rodziców lub kogoś bliskiego. To są takie momenty, z których człowiek musi się dźwignąć. Nagle życie go przytłacza, myśli sobie, że to już koniec, nie da rady. Ja miałem taki czas, gdy zmarła moja żona. Powiedziałem sobie wtedy, że tak nie można, że nie mogę nie mieć sensu życia. Postanowiłem żyć aktywnie. Uważam, że życie jest piękne a im więcej sami sobie tych fajnych rzeczy dostarczymy, tym lepiej. Nikt tego za nas nie zrobi.

Otworzył się pan na nową miłość? Przeżywa dzięki niej drugą młodość?

Tak się mówi, że się przeżywa drugą młodość. Ja powiem tak i zacytuję słowa piosenki, że „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza i nie ma pierwszej, czy drugiej młodości. Ona jest albo jej nie ma. Podobnie jest z miłością. Jest prawdziwa albo udawana. Podobnie, jak z muzyką. Jest dobra albo zła. Albo ktoś fałszuje albo śpiewa dobrze. Ja sam staram się, aby to życiowe śpiewanie nie było dla mnie krępujące (śmiech). W każdym wieku można przeżywać uczucia, radość, wiek z miłością nie ma naprawdę nic wspólnego. Często spotykam starych 20 i 30-latków, którym nie chce się żyć, są smutni, załamani. Myślą wyłącznie o tym żeby się gdzieś upić albo sięgnąć po inne używki. To dla mnie tragedia. I równie często spotykam 60 i 70-latków uśmiechniętych, pełnych pozytywnych emocji, wiedzy, optymizmu. Czasami bywa tak, że młodzi przyjeżdżają na nasze towarzyskie spotkania i są zdziwieni, że tak fajnie potrafimy się bawić. Potrafimy, bo mamy takie charaktery, doświadczenie i właśnie chęć życia. Dlatego też wychodzę z założenia, że miłość jest dopuszczalna w każdym wieku, wręcz konieczna, bo bez tego człowiek nie żyje pełnią życia. Jeśli ktoś chce siebie sam unicestwiać, mówić o sobie, że się nie nadaje, to jego wybór. Każdy sam odpowiada za swoje życie, przed samym sobą.

Ostatnio pojawiały się głosy, że "Familiady" bez Karola Strasbugera po prostu by nie było.

Nie wiem, kto to powiedział, ale jeśli wypowiada to ktoś, kto jest władny w tej sprawie to cieszę się, że tak jest. Tak naprawdę to jak długo będziemy produkować ten program i będziemy na antenie, nie zależy od nas. Ja swoją pracę wykonuję uczciwie, solidnie, jak najlepiej potrafię. Ocenia mnie publiczność. Ludzie mnie lubią albo nie i jeżeli oni tak mówią, że nie wyobrażają sobie tego programu beze mnie, to sprawia mi to ogromną satysfakcję.

A myśli pan o tym momencie, kiedy powie "stop", "dziękuję", "dosyć"?

Nie chcę jeszcze kończyć tej przygody. Będę myślał o tym wtedy, gdy jadąc na nagrania w swojej głowie usłyszę głos: "O rany, znowu muszę jechać do pracy”. Wtedy rzeczywiście warto będzie się z tym pożegnać. Dopóki mam radość w sobie, a mam, dopóty chęć powiedzenia „dość” ze mnie nie wyjdzie. Chyba ze zmuszą mnie do tego inne okoliczności. Jeśli ktoś będzie chciał ingerować w moje myślenie, zachowanie, postępowanie, mój sposób zwracania się do ludzi albo, gdy ktoś będzie chciał zmienić prowadzącego.

Ostatnio z programem "Jaka to melodia?" pożegnał się Robert Janowski. Co by mu pan powiedział?

Przykro mi, że tak się stało. Znamy się dosyć dobrze. Robert śpiewa fantastycznie, jest wrażliwym, świetnym facetem, który zna się na muzyce. Mówi do ludzi normalnym, ciepłym głosem, nie krzykliwo, czy szołmeńsko. Dlatego też smutno mi, że jego program będzie bez niego a jaki będzie to się okaże. Ludzie utalentowani tak jak on, radzą sobie w życiu, takich obdarzonych talentem ludzi należy szanować, więc wierzę, że znajdzie sobie swoje nowe miejsce.