Mężczyzna opowiedział swoją historię, która rozpoczęła się trzema strzałami trafiającymi w głowę Osamy Bin Ladena w maju 2011 roku. Obszerny wywiad z anonimowym żołnierzem Navy SEALs opublikował brytyjski magazyn „Esquire”.

Bohatera akcji w Abbottabad w Pakistanie, członka sześcioosobowego oddziału, nazwano „The Shooter”. Mężczyzna ze szczegółami opowiedział przebieg akcji i spotkanie oko w oko z przywódcą Al-Kaidy.

„Patrzyłem na niego. Na półce leżał AK... ruszył w jego kierunku. (…) W tej sekundzie strzeliłem, dwa razy w czoło... drugi raz kiedy już upadał. Potem strzeliłem jeszcze trzeci... Upadł obok swojego łóżka. Był martwy. Nie poruszał się. Miał wyciągnięty język. Patrzyłem na niego, kiedy łapał swój ostatni oddech – opowiada „The Shooter”.

"Wyglądał makabrycznie. Amerykańscy obywatele nie powinni tego oglądać" - dodaje.

Jeszcze wtedy mężczyzna nie podejrzewał, że równie wielkie emocje będą towarzyszyły jego odejściu z wojska.

Po powrocie do kraju, żołnierz czuł się wyczerpany i zrezygnowany. Szesnaście lat służby w Navy SEALs, pozostawiło ślady na jego całym ciele: blizny, reumatyzm, zniszczony wzrok, wypadające dyski. Za kilkanaście lat służby, zwieńczonych zabiciem Osamy Bin Ladena nie otrzymał żadnej rekompensaty: emerytury, opieki lekarskiej, jakiekolwiek pomocy dla jego rodziny.

Wszystko dlatego, że komandos nie odsłużył wymaganych przez wojsko 20 lat. „Gdybym podczas następnej misji stracił życie, byłbym pewny, że ktoś zaopiekuje się moją rodziną, opłaci college, będą żyli dobrze... Jeśli przeżyję nie dostanę nic. To smutne, ale lepiej byłoby gdyby ktoś mnie zabił” - stwierdza strzelec.

Znalezienie pracodawcy potrafiącego docenić umiejętności, które komandos i jego koledzy posiedli podczas służby, graniczy z cudem. Strzelec przyznaje, że nie chce mieć więcej do czynienia z bronią.

„Nadal mam te same rachunki, które płaciłem będąc w Navy, chciałbym nadal móc je płacić, opiekować się dziećmi... Chciałbym wykorzystać te umiejętności, których się nauczyłem, by pomagać ludziom w jakikolwiek sposób” - stwierdza komandos.

Po śmierci żołnierza rodzina otrzymuje 400 tys. dolarów z polisy zabitego. Żołnierska emerytura przewiduje znacznie lepsze warunki finansowe, niż te oferowane zwykłym obywatelom.

Komandos nie ma środków do życia, ale także zwykłego poczucia bezpieczeństwa. Nadal obawia się zemsty ze strony terrorystów - odwetu na nim i jego rodzinie.